Na Kalenicę! Czyli spokojny spacer po Górach Sowich. [Relacja z wycieczki]

Z Kalenicy w kierunku Wielkiej Sowy

Tym razem nietypowo, bo na górską wycieczkę ruszamy z Wrocławia. Pogoda nie napawa optymizmem. Po sobotniej, iście wiosennej aurze, przyszło znaczne oziębienie, z chmur pada deszcz, a widoczność sięga kilkaset metrów. W takim nastroju jedziemy w Góry Sowie. Ze stolicy Dolnego Śląska w to pasmo górskie jedzie się około godziny, więc podróż mija nam bardzo szybko:)

Po drodze zatrzymujemy się w Bielawie. Nigdy tutaj nie zawitaliśmy, a byliśmy ciekawi Jeziora Bielawskiego. Zatrzymujemy się na parkingu przy kompleksie rekreacyjnym. Trwa jego rozbudowa. Oprócz jeziora, ścieżek spacerowych jest tutaj również basen, boiska sportowe, ścianka do squasha, miejsca do grillowania i to co na, się podobało najbardziej- ławeczka, a w niej schowane książki, które każdy może wziąć i poczytać. Warto zaznaczyć, że nie są one poniszczone, nie są stare, więc ludzie dbają o nie i to się bardzo chwali:) My, książkocholicy takie inicjatywy bardzo popieramy! Wychodząc z kompleksu, naszą uwagę przykuły jeszcze mapy tras rowerowych w Górach Sowich, które początek właśnie mają nad Jeziorem Bielawskim. Ostrzymy sobie zęby na te trasy, więc może już niedługo zawitamy tutaj na dwóch kółkach.

Jezioro Bielawskie

Ławeczka z książkami


Po tym krótkim przystanku, ruszamy na Przełęcz Woliborską (711 m n.p.m.). Prowadzi na nią kręta droga wojewódzka łącząca Bielawę z Nową Rudą. Samochód zostawiamy na parkingu zlokalizowanym w jej najwyższym punkcie. W zimie ta droga podobno rzadko jest przejezdna, jednk na razie nie planujemy tego sprawdzać;) Pierwotny plan zakładał przejście z Przełęczy do schroniska Zygmuntówka i pętelką zamknąć trasę wejściem na Kalenicę. Jednak deszczowa aura sprawia, że ograniczamy się jedynie do drugiego punktu tego planu. Idziemy czerwonym szlakiem, będącym częścią Głównego Szlaku Sudeckiego.

Od razu zaczynamy się wspinać do góry. Pierwszy szczyt na naszej trasie, który zdobywamy to Czarne Kąty (786 m n.p.m.). Idziemy po grubej warstwie starych liści. Czujemy się jakby był schyłek jesieni, a nie początek wiosny. Jak to mówią „w marcu jak w garncu”. W stronę Kalenicy, jeszcze dwukrotnie podchodzimy. stromym zboczem i takim samym schodzimy w dół, zdobywając po drodze Popielak (860 m n.p.m.).

Po 4 kilometrach meldujemy się na Bielawskiej Polanie. Jest to przełęcz, na której spotyka się kilka szlaków. Jeden z nich biegnie z Bielawy. Szkoda, że na naszej starej papierowej mapie go nie było, bo pewnie na Kalenicę wyruszylibyśmy znad Jeziora Bielawskiego. Jednak warto czasami popatrzeć w to co oferują nam nowoczesne technologie, czyli w mapy online.

Widoki z więzy widokowej na Kalenicy

Widoki z więzy widokowej na Kalenicy

 Trzymamy się zakładanego planu i rozpoczynamy ostateczne podejście na Kalenicę. Jest błotniście, a im wyżej tym więcej śniegu. Po starym, mokrym idzie się ciężko, ale zdajemy sobie sprawę, że to już ostatnie akcenty zimy w tym roku. Po nieco ponad godzinie od opuszczenia parkingu na Przełęczy Woliborskiej jesteśmy u stóp wieży widokowej na Kalenicy (964 m n.p.m.). Od razu wdrapujemy się na jej szczyt, choć się zastanawiamy, czy to na pewno jest bezpieczne. Wieża jest już mocno wyeksploatowana. Zardzewiałe elementy nie napwają optymizmem, gdy wchodzimy po jej schodach. Ale cóż się dziwić, jak wieża jest trochę wiekowa. Wzniesiono ją w tym miejscu w 1933 r. z inicjatywy Towarzystwa Sowiogórskiego. Nadano jej imię marszałka Hindenburga. Ze względu na pogodę widoki z wieży widokowej nie powalają, widzimy okoliczne szczyty, gdzieś z tylu majaczy masyw Wielkiej Sowy. W dole zarys Bielawy, a po drugiej stronie Nowej Rudy. I na tym wymienianie tego co widzimy musimy niestety zakończyć. Podobno przy dobrej aurze można stąd podziwiać wspaniałą panoramę na Karkonosze. Zapewne musi być magicznie!

Szczyt Kalenicy zdobyty! 

Na szlaku

Schodzimy z wieży widokowej, siadamy na chwilę, jemy drugie śniadanie, popijamy herbatkę. W tym miejscu warto wspomnieć, że Kalenica swoją nazwę zawdzięcza władzom Polski Ludowej. Wcześniej, Niemcy nazywali ją Krowią Górą, a po ustawieniu na niej wieży widokowej- Górą Wieżą. Nie spędzamy na szczycie dużo czasu. Zaczynamy marznąć. Oszukani przez naturę dnia poprzedniego nie wzięliśmy ze sobą nawet rękawiczek:( Nasze rączki marzły, a my w drodze powrotnej szybko przebieraliśmy nóżkami, by rozgrzać organizm. Wracamy tą samą trasą. Po raz drugi wchodzimy na Popielnik, a następnie na Czarne Kąty. Pom3 godzinach spaceru jesteśmy w samochodzie. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że w Góry Sowie musimy przyjeżdżać częściej! Cisza, spokój (oczywiście z wyjątkiem Wielkiej Sowy:p) i duża szansa na spotkanie muflona, to atuty, które przemawiają za tym pasmem górskim:) 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Maciek i Natalia w podróży , Blogger