Aktywna niedziela! Ostas, Góra Wszystkich Świętych oraz Wambierzyce


Po całym tygodniu pracy człowiek szuka odpoczynku. Jedni wychodzą na zakupy, do kina, inni spotykają się w gronie najbliższych, jeszcze inni wyjeżdżają na oklepane wycieczki do Zakopanego czy innych większych miast. Nie należymy do żadnej z tych grup. Właściwie to nie wiem do jakiej grupy nas zaliczyć. W swoim życiu szukamy harmonii. Wszystkiego mamy po trochu, Za wyjątkiem gór. To jedyna rzecz, którą jesteśmy wstanie przedawkować bez skutków ubocznych dla organizmu. 

M. uwielbia spędzać wolne chwile z wzrokiem wpatrzonym w papierowe mapy. Uwielbiam go za to. Popijając herbatkę, przesuwa palec po namalowanych szlakach i opowiada, gdzie zawiezie nas następnym razem. Tym razem na naszą wycieczkę wybrał Ostas. Miejsce położone w Górach Stołowych u naszych południowych sąsiadów.  


Mimo zapowiadanego zachmurzenia, widoczność gór jest dobra. To pewnie zasługa wiatru, który wiernie dotrzymuje nam towarzystwa w ten weekend. W drodze na granicę z Czechami zjeżdżamy z trasy aby odwiedzić śląskie Jeruzalem. Wambierzyce oboje odwiedziliśmy już z rodzicami za dzieciaka, ale wtedy wszystko było jakby ładniejsze. Tak chyba działa wyobraźnia :D Samochód parkujemy tuż przy Bazylice i wpierw udajemy się  na górę Kalwarię. Przechodzimy pomiędzy licznymi kapliczkami i docieramy na samą górę, skąd rozpościera się piękny widok na Góry Stołowe i całą wioskę. Następnie udajemy się do kościoła na wzniesieniu Syjon, który wybudowany został po drugiej stronie potoku Cedron. To miejsce ma naprawdę szczególny klimat, a jego historia nadaje się do napisania kolejnego artykułu. Polecamy odwiedzić ten kawałek Polski.



Po krótkim przystanku w Wambierzycach udajemy się w dalszą drogę. Do granicy z Czechami dojeżdżamy drogą 386 przez Tłumaczów. Następnie wjeżdżamy na 302 i w mieście Broumov odbijamy na 303. Po kilkunastu minutach w miejscowości Pekov znajdujemy kierunkowskaz w prawo na Ostas. Parkujemy kilka metrów poniżej osady domków kempingowych, popularnej wśród wspinaczy, którzy upodobali sobie to miejsce. Na nasze podkowy zakładamy raczki. W dalszej części naszej wędrówki okazały się niezbędne, ponieważ skały były mocno oblodzone. Jako pierwszy punkt wybraliśmy szczyt Ostas (700 m n.p.m.). Idąc niebieskim szlakiem od samego początku po lewej stronie podziwiać można wystające powyżej drzew masywy skalne. Po pięciu minutach wędrówki wchodzimy do lasu. Zaczynają wyłaniać się kolejne Skały, na widok których automatycznie włącza się wyobraźnia dziecka. M. potrzebuje trochę więcej czasu aby dostrzec te wszystkie stwory skalne, które mi od razu rzucają się w oczy :D Skoro dla mnie jest to raj dla oczu i wyobraźni, dzieciom na pewno też się tutaj spodoba. Mieliśmy odbić w lewo przez Bramę skalną, Ale wciągnął mnie labirynt skalny. Weszłam tylko zobaczyć kawałek wyżej, a później było tylko dalej i dalej iii…  zgubiłam swojego ukochanego ;D  Te skały naprawdę potrafią pochłonąć człowieka do swojego wnętrza. Wszystko to za sprawą różnorodnych form, kolorów, kształtów. Cały masyw składa się z dwóch dużych płyt skalnych. Powierzchnia szczytu jest zwietrzała, popękana i poprzecinana wieloma szczelinami. Właśnie między tymi dwoma płytami znajdują się labirynt górny, który zwiedzamy na początku naszej wędrówki oraz labirynt dolny, zaplanowany na końcu naszego spaceru. W labiryncie, jak sama nazwa wskazuje można się zgubić. Tak też robimy. Zamiast podążać wedle namalowanych na skałach strzałkach, idziemy śladami pozostawionymi w śniegu. Dochodzimy do schodów, które pokonaliśmy stylem dowolnym ze względu na duże oblodzenie. Zapatrzeni w krajobraz tracimy z oczu niebieski kolor szlaku. Zasięgu nie ma, więc wyciągamy nasze ukochane papierowe mapki, które nie zawodzą o żadnej porze dnia i roku. Szybko odnajdujemy się w terenie i docieramy na wierzchołek płyty górnej- Frydlancką skałę z punktem widokowym. Dalszą drogę pokonujemy zgodnie z wytyczonym szlakiem.










Po zejściu z płyty górnej odbijamy na ugrupowanie skalne zwane Koci Gród. Chwilami pokonujemy bardzo wąskie przejścia pomiędzy skałami. M. niektóre momenty musiał pokonywać górą. Większa osoba może mieć problem. My musieliśmy ściągać  plecaki (dla turystów z torebkami pokonanie szlaku nie będzie stanowiło większych problemów ;D). Niższą płytę zwiedzamy ok 30 minut. Górna płyta okazała się dla nas znacznie ciekawsza.




            Dzień jeszcze długi, więc szybko pakujemy się do samochodu planując dalszą część dnia. Decyzja podjęta, a nasz wybór padł na Górę Wszystkich Świętych, Wzniesienie położone jest w północno-środkowej części Wzgórz Włodzickich. Pod sam szczyt prowadzi droga. Jednak ze względu na duże oblodzenie zostawiamy auto przy drodze i resztę trasy pokonujemy pieszo. Dochodzimy do ogrodzonego kościółka, który dodatkowo okazuje się być strzeżony przez nieustannie szczekającego psiaka. Idąc trochę dalej dostrzegamy kamienną wieżę. Na szczęście wieża jest otwarta dla zwiedzających. U jej szczytu rozciąga się piękna panorama na Góry Sowie, Góry Suche, Góry Bardzkie, Góry Bystrzyckie, Góry Stołowe, Kotlinę Kłodzką i Masyw Śnieżnika. Nam jednak najbardziej rzuca się  w oczy kolejna wieża, która znajduję się na Górze Świętej Anny. Tak powstaje kolejny pomysł na wycieczkę. 





Planując kolejny trekking, wracamy  z powrotem do domu. Naładowani pozytywną górską energią, gotowi zmierzyć się z codziennymi obowiązkami zwykłego człowieka. Kolejny raz pozostaje w nas radość i tęsknota do gór. Pisząc te wspomnienia, podziwiam odległe górskie widoki z okna naszego mieszkania, nie mogąc doczekać się kolejnej wyprawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Maciek i Natalia w podróży , Blogger