Orlica i Velka Destna- czyli kółeczko z Zieleńca

Orlica i Velka Destna- czyli kółeczko z Zieleńca


To nasz pierwszy wypad w Góry Orlickie. Jako cel obraliśmy sobie najwyższą po polskiej stronie- Orlicę oraz najwyższy szczyt całych Gór Orlickich- Velka Destna.
Parkujemy w Zieleńcu- części Dusznik Zdroju, która jest znana z licznych stoków narciarskich. Niestety poza zimą życie tutaj zamiera. Na Orlicę podchodzimy zielonym szlakiem, tuż obok kamienia Heinricha Rubertsa, który jako pierwszy dostrzegł walory krajoznawcze tej części Sudetów i rozpoczął propagowanie jej piękna. To właśnie on wzniósł na szczycie Orlicy schronisko, a także wieżę widokową. Po obu budowlach niestety pozostały tylko wspomnienia. Szlak jest bardzo miły, łagodnie pnie się do góry, a z czasem odsłaniają się widoki na pozostałe szczyty otaczające Kotlinę Kłodzką. W oddali widoczne są również Jeseniki.

Po niespełna godzinie stajemy na szczycie Orlicy. Ten niepozorny szczyt z pewnością wiele zyska na rzecz turystyki, gdy na jego szczycie stanie wieża widokowa, którą od kilku lat obiecuje postawić w tym miejscu burmistrz Dusznik- Zdroju. Na szczycie stoi obelisk upamiętniający zdobycie tej góry przez takie wybitne osoby jak Fryderyk Chopin,  cesarz Józef II oraz John Quincy Adams- późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych.


Nie zabawiamy tutaj długo. Krótka sesja zdjęciowa upamiętniająca wejście na kolejny szczyt zaliczany do Korony Gór Polski i ruszamy dalej w kierunku Masarykovej Chaty. Następnie już po drugiej stronie granicy idziemy czerwonym szlakiem. Prowadzi on grzbietem najwyższych szczytów Gór Orlickich, z których rozpościera się wspaniała panorama na Karkonosze, ze Śnieżką w roli głównej oczywiście.
Po 4 km od Orlicy dochodzimy do Masarykowvej Chaty. Jest to sporej wielkości schronisko, zbudowane z inicjatywy jednego z prezydentów Czech. Zostało one wybudowane na cześć Tomasa Masaryka- pierwszego prezydenta Czechhosłowacji, w jego 75. rocznicę urodzin. Do dzisiaj nosi jego imię. Warto wstąpić do środka i podziwiać jego stylowe wnętrze z drewnianymi płaskorzeźbami.


Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej w kierunku Velkej Destnej. Tutaj szlak wiedzie po wyznaczonej trasie biegowej. Mimo, że w niektórych miejscach śniegu już nie ma, amatorów biegówek nie brakuje. Pod szczytem funkcjonuje niewielkie schronisko, gdzie naprawdę za niewielkie pieniądze można zakupić podstawowe produkty gastronomiczne. Stajemy na szczycie (1115 m n.p.m.). Nasza mapa wskazuje, że w tym miejscu powinniśmy wdrapywać się na wieżę widokową, jednak po wieży nic w tym miejscu nie zostało… Chyba musimy zakupić nową mapę… Szczyt jest zalesiony i niestety nie widać z niego żadnej panoramy. Wracamy tą samą trasą do Masarykovej Chaty. Mimo, że jest z górki to idzie się dość ciężko, a to ze względu na mokry, topniejący śnieg, w który nasze buty się zapadają.
 Z Masarykovej Chaty wracamy na polską stronę i niebieskim szlakiem, który wiedzie wzdłuż stoku narciarskiego wracamy do Zieleńca. W tej miejscowości odwiedzamy jeszcze schronisko PTTK Orlica, które niestety nie robi na nas dobrego wrażenia, a także kościółek "na stoku".

Dolina Kościeliska- w królestwie tatrzańskich jaskiń

Dolina Kościeliska- w królestwie tatrzańskich jaskiń


Na nasz pierwszy wspólny wypad w Tatry wybraliśmy się w sierpniu 2015 r. Na początek, aby trochę się rozruszać pojechaliśmy do Doliny Kościeliskiej. Dla M. jest to miejsce dobrze znane, jednak ja nie odkryłam jeszcze uroków jaskiń, które można tutaj zwiedzić, dlatego padł wybór właśnie na nią..

Dolina Kościeliska od małego kojarzyła mi się z bacówkami i owcami. Jednak należy pamiętać, że kryje jeszcze w sobie wiele pięknych jaskiń oraz wspaniały Wąwóz Kraków. Pierwsze kroki kierujemy do jedynej oświetlonej jaskini w Tatrach Polskich- Jaskini Mroźnej. Łatwa dostępność i sztuczne światło sprawia, że może być z powodzeniem odwiedzana przez niewprawionych turystów, a nawet dzieci.

         Kolejno odwiedzamy Jaskinię Raptawicką, która robi duże wrażenie na Natalii. Postanawia ona sprawdzić każdą dziurę do której tylko można wejść:) Niestety wejście do Jaskini Mylnej było zalane dużą ilością wody, dlatego już na starcie odpuściliśmy sobie jej zwiedzanie.



Po dotarciu do schroniska w Dolinie Kościeliskiej ze względu na dużą ilość turystów postanawiamy iść dalej, do Stawu Smreczyńskiego. Szlak jest przyjemny, lekko pnący się w górę. Po 20 minutach od schroniska możemy już oglądać wspaniałą panoramę na Smreczyński Wierch oraz Kamienistą. 

Kolejno udajemy się w drodze powrotnej do Wąwozu Kraków oraz Smoczej Jamy. Potężne skalne ściany wąwozu sprawiły, że przechodziliśmy ten odcinek z dużym zainteresowaniem. Największe emocje jednak przed nami- przejście przez Smoczą Jamę. Wchodząc do niej warto mieć czołówkę. Jest tutaj ciemno, a obie ręce są przydatne podczas wspinaczki.



Wychodząc z niej, przechodzimy kilkaset metrów i korzystamy z uroków Polany Pisanej, gdzie robimy sobie krótką przerwę, aby spoglądać z góry na Dolinę Kościeliską. Wracamy do Kir. Ta kilkugodzinna wędrówka po tej pięknej dolinie, na pewno pozwoli Wam poznać ją od tej najlepszej strony.


Borówkowa Góra z Horni Hostice [Relacja z wycieczki]

Borówkowa Góra z Horni Hostice [Relacja z wycieczki]


Prognozy wskazywały na piękną, słoneczną niedzielę. Po przebudzeniu, gdy wyjrzeliśmy za okno, okolicę spowijała mgła, a nam ciężko było w wolny dzień zebrać się na jakiś dłuższy wypad w góry. Długo się zastanawialiśmy, czy ruszyć na rowery, czy jednak pozostać wiernymi butom trekkingowym. Wygrała druga opcja. Po leniwym poranku, wyjeżdżamy z domu dopiero po 11. Za cel obieramy Borówkową Górę- szczyt wznoszący się na wysokość 900 m n.p.m. w Górach Złotych. Byliśmy już na tym szczycie wcześniej, jednak tym razem postanowiliśmy zdobyć go od strony czeskiej, a konkretnie z Horni Hostic. 




Wieś wygląda jakby była położona na "końcu świata". Wcina się doliną w masyw Borówkowej Góry. Samochód zostawiamy na małym parkingu tuż przed zakazem wjazdu do lasu. Parking chociaż mały to nikt tutaj nie powinien mieć problemów aby zaparkować swoje auto. Po prostu jest to miejsce tak niepopularne wśród turystów, że przygotowane miejsce na kilka aut jest zdecydowanie wystarczające. Od razu wchodzimy do pięknego bukowego lasu. Wędrujemy za żółtymi znakami szlaku, który co rusz przecina potok płynący z góry. 




Po okołu 40 minutach takiej wędrówki trafiamy do rozwidleniu szlaków. My odbijamy w bok, aby wdrapać się na Vysoki Kamen- skalny szczyt, z którego rozpościera się panorama na pozostałe wierzchołki Rychlebskich Hor, Przedgórze Paczkowskie, a także na Jeseniki- niestety tego ostatniego osobiście nie doświadczamy. Schodzimy z powrotem do rozwidlenia, gdzie żółty szlak zamieniamy na czerwony, który zaprowadzi nas wprost na szczyt Borówkowej. 


Szczyt Vysoky Kamen




Idzie się bardzo przyjemnie. Cisza, spokój i śpiew ptaków, a temperatura podskakuje do 15 stopni! Wiosna przybyła także w góry! Pierwszych turystów na szlaku  spotykamy dopiero na przełęczy pod Bilou Skalą. Wyglądają jakby się zagubili tutaj schodząc ze szczytu Borówkowej i szybko kierują swoje kroki w stronę polskiej granicy. Nam pozostaje już tylko kilkanaście minut podejścia do góry. 


U stóp wieży widokowej stajemy po niecałej 1,5 h od wyjścia z samochodu. Na górze jest całkiem sporo ludzi. Z pewnością przyszli tutaj głównie z Przełęczy Lądeckiej oraz z Przełęczy Różaniec, skąd prowadzą dwa najkrótsze szlaki na Borówkową. Na szczycie znajduje się wieża widokowa, wzniesiona w tym miejscu w 2006 r. Co ciekawe jest to już czwarta wieża wybudowana na Borówkowej. Góra ta słynie również ze spotkań polskich oraz czeskich opozycjonistów w latach 80. XX w. Na szczycie rozmowy prowadzili, m.in. Jacek Kuroń, Józef Pionior i Peter Uhl. Te wydarzenia są upamiętnione przez liczne tablice, które się tutaj znajdują. 



Na początek planujemy przygotować sobie kiełbaski. I tu pojawiają się schodki. Próbujemy rozpalić grilla znajdującego się pod wiatą, jednak bez rozpałki ta sztuka się nam nie udaje. Może byłoby łatwiej, gdyby Natka zabrała zapalniczkę, która nie wyczerpie się po minucie. Wzniecenie ognia tego dnia nam nie wyszło. Na szczęście moja kobieta wpadła na pomysł nazbierania większej ilości suchych gałęzi i z takim wkładem własnym zasiedlismy do rodzinki z dziećmi, którym rozpalenie ogniska poszło lepiej niż nam. Bez scyzoryka też sobie poradziła. Spryciula tak połamała dłuższe patyki, że idealnie nadawały się na kije do kiełbasy. Tym sposobem mogliśmy się cieszyć obiadkiem w postaci kiełbasek prosto z ogniska- czego chcieć więcej:))) P.S. Haha ale muszę Wam powiedzieć, że talerzyki i widelce spakowała. Z taką kobietą można żyć do końca świata i jeden dzień dłużej ;D



Po zjedzeniu wszystkiego, co przynieśliśmy ze sobą postanawiamy wejść na wieżę widokową. Z jej szczytu przy dobrej widoczności można oglądać naprawdę wspaniałą i rozległą panoramę. My musieliśmy się zadowolić najbliższymi szczytami Gór Złotych z Jawornikiem Wielkim w roli głównej. Gdzieś w oddali zza chmur próbował wyjawić się również Masyw Śnieżnika. 

Widok na Jawornik Wielki

W stronę Przedgórza Paczkowskiego

I spojrzenie na Masyw Śnieżnika




Po kilkunastu minutach schodzimy na dół i tym samym szlakiem kierujemy się do Horni Hostice. Po niecałej godzinie jesteśmy znów przy samochodzie. Auto nadal stoi samo na tym "Końcu Świata", a schodząc w dół znów nie spotkaliśmy żadnego turysty- po prostu raj dla "odludków" czyli dla nas ;) 

Waligóra i okolice, czyli ruszamy na najwyższy szczyt Gór Suchych

Waligóra i okolice, czyli ruszamy na najwyższy szczyt Gór Suchych

Na kolejny szczyt do kolekcji Korony Gór Polskich wybraliśmy Waligórę. Ta góra o wysokości 936 m n.p.m. wznosi się w Górach Suchych.  

Przed schroniskiem Andrzejówka
Za początek wycieczki obieramy parking przy schronisku Andrzejówka. Schronisko PTTK Andrzejówka położone jest na przełęczy Trzech Dolin u podnóża najwyższego wzniesienia Gór Kamiennych- Waligóry. Budynek został wzniesiony w 1933 roku, a status schroniska PTTK uzyskał 20 lat później. W pobliżu schroniska znajdują się wyciągi narciarskie oraz liczne trasy przeznaczone do narciarstwa biegowego. Stąd więcej tu narciarzy niż turystów, ale nam to nie przeszkadza i ruszamy na niedaleki szczyt.
Wejście choć krótkie sprawia trochę trudności. Jest stromo, a zlodowaciały śnieg znacznie utrudnia zdobywanie góry. Po ok. 20 minutach stajemy na Waligórze (934 m n.p.m.). Widoków stąd żadnych, No ale szczyt zdobyty:)


Aby nie wracać za szybko postanawiamy jeszcze pospacerować po tym paśmie górskim. Wybieramy żółty szlak, który ma nas zaprowadzić do Zamku Radosno. Ścieżki są dobrze utrzymane, a zauważamy, że w okolicy znajdują się ponadto świetnie oznaczone trasy rowerowe, które nie kolidują ze szlakami pieszymi. Po drodze trochę się pogubiliśmy, gdyż nie zauważyliśmy, że szlak ucieka w bok i musieliśmy nadrobić trochę drogi.
Sam zamek okazał się jego pozostałością. W najwyższym punkcie góry stoi całkiem dobrze zachowana wieża zamkowa, a resztę trzeba sobie wyobrazić. Zamek ten od swoich początków (tj. XIII w.) służył przede wszystkim biskupstwu wrocławskiemu, jednakże już pod koniec XV w. zaczął popadać w ruinę. Jeszcze w XVII w. z zamku korzystali lokalni rozbójnicy, którzy organizowali sobie tutaj swoje kryjówki.

Zejście z zamku okazało się nie lada wyzwaniem. Na szlaku stworzyło się lodowisko, a my byliśmy bez raczków. Pomimo problemów udało nam się zejść do ścieżki dydaktycznej poprowadzonej do Sokołowska. My udajemy się w przeciwnym kierunku i po prawie dwóch godzinach spaceru docieramy do schroniska PTTK Andrzejówka.
Góry Suche są naprawdę bardzo ciekawe. Typowe szczyty o charakterystycznym wypukłym kształcie zapewne kryją wiele tajemnic, które na pewno będziemy odkrywać.


Dolinki Podkrakowskie po raz pierwszy- Dolina Kobylańska (trochę praktycznyh informacji:))

Dolinki Podkrakowskie po raz pierwszy- Dolina Kobylańska (trochę praktycznyh informacji:))


Dni, które spędzamy w Małopolsce najczęściej wykorzystujemy na to by pojechać w Beskidy. Tym razem czasu było mniej i zamiast gór, wybraliśmy spacer po Wyżynie Krakowsko- Częstochowskiej. Od dawna po naszych głowach "krążył" pomysł na odwiedzenie Dolinek Podkrakowskich. Jest ich siedem, a nasz wybór padł na Dolinę Kobylańską. Dość przypadkowo, bo początkowo myśleliśmy by odwiedzić Dolinę Będkowską. Niestety do tej drugiej nie umieliśmy znaleźć dojazdu, a na naszej drodze wyrósł parking do Doliny Kobylańskiej, więc odwiedziliśmy własnie nią.



Gdzie znajduje się owy parking? Na drodze łączącej Kobylany z Będkowicami, po prawej stronie na wzniesieniu wyłonią się Wam tablice informacyjne, skręcacie koło nich w drogę polną i dojeżdżacie do parkingu, na którym zmieści się kilkanaście samochodów. 




Podobno drugi parking znajduje się w Będkowicach, po drugiej stronie doliny, jednak my tego faktu nie sprawdziliśmy. 

Początkowo ścieżka biegnie w dół przez zalesiony teren. Po kilku minutach meldujemy się obok wiaty turystycznej, która oznacza wejście do Doliny Kobylańskiej. Od razu znajdujemy się w jej dolnej części, uważanej za najpiękniejszą. Potężna polana zachęca do tego, by zrobić sobie tutaj całodzienny piknik w otoczeniu potężnych skał. Do najokazalszych z pewnością należy Żabi Koń z krzyżem na szczycie,  a także Brama Kobylańska i Mała Płyta. Po prawej stronie idąc od parkingu możemy wejść po schodach do kaplicy Matki Boskiej. W grocie skalnej umieszczono jej figurę na pamiątkę objawień w 1914 r.



Podążamy dalej w górę doliny. Po drodze mijamy jeszcze sporo skał. Najokazalsza jest pojedyncza- zwana płetwą. Tutaj amatorzy wspinaczki skałkowej przygotowywali sobie stanowiska. Dalej teren robi się co raz bardziej zalesiony, a towarzyszyć nam zaczyna potok Kobylanka, który jest zasilany pięknymi wywierzyskami.



Długość całej doliny to 4 km. W dwie strony spokojnym marszem można ją przejść w 1,5- 2 godzin. 

[Dolina z dzieckiem] Pytacie nas, czy przejedziecie dno Doliny wózkiem dziecięcym. Na pewno nie jest to trudne, gdy macie wózek z dużymi pompowanymi kółkami. Jednak na pewno praktyczniejsze będzie użycie nosidełka lub chusty. Nie jest to duży odcinek, a wózek może mieć problemy, chociażby gdy przyjdzie Wam przekraczać potok Kobylanka.




Dolina Kobylańska to idealny pomysł na spędzenie tutaj czasu z rodziną. To również świetne miejsce dla miłośników wspinaczki skałkowej. Gdy tutaj traficie to na pewno się nie zawiedziecie!:)
Skały Puchacza i Białe Skały

Skały Puchacza i Białe Skały

Auto parkujemy na niewielkim parkingu zlokalizowanym na Lisiej Przełęczy, skąd ruszamy w kierunku Skał Puchacza. Przejście tym niebieskim szlakiem w kierunku Dusznik Zdroju daje dużo radości, po pierwsze jest pusto, brak tu jakichkolwiek turystów, a po drugie można oglądać niesamowite formy skalne.
         Pierwsze, które pojawiają się na naszej drodze to Skały Puchacza. Są to kilkudziesięciometrowe urwiska piaskowca, powstałe w wyniku eksploatacji kamieniołomu w tym miejscu. Funkcjonował on od XIX w. aż do lat 50. XX w. Górna krawędź urwiska służy za bardzo dobry punkt widokowy. Można stąd podziwiać, m.in. Góry Orlickie, Bystrzyckie, czy Wzgórza Lewińskie. Na ścianie piaskowca można zaobserwować charakterystycznie pochyloną ścianę- to pozostałość drogi służącej do transportu pozyskanych bloków piaskowca.


Po chwili przerwy jaką zrobiliśmy sobie w tym miejscu, ruszamy dalej żółtym szlakiem, który zaprowadzi nas do Białych Skał. Po drodze mijamy torfowiska, które są bardzo charakterystyczne dla tego rejonu. Niestety, teraz przysypane śniegiem nie oddają swojego piękna, które można podziwiać choćby na wiosnę.
            Po kilkudziesięciu minutach marszu, trasa prowadzi przez Wielką Bramę (inaczej nazywaną Skalną Furtą)- formację skalną niczym nie ustępującą tym, które można zobaczyć chociażby w Ardspachu, czy Teplicach w Czechach. Brama ta stanowi nie jako wejście do innego świata, jakim są Białe Skały. Są to skały piaskowca, wysokie na 20 do 30 metrów, które swoje kształty zawdzięczają erozyjnemu działaniu wody. Woda na te skały oddziaływuje zarówno od wewnątrz, powodując liczne pęknięcia jak i od zewnątrz (w przeszłości znajdowało się tutaj nawet morze). Wszystkie te działania sprawiły, że na odcinku ok. 1 km możemy podziwiać liczne wieżyce, iglice, bramy, którym przypisano liczne nazwy, m.in. Bubek, Zielona Dama, Kibic, Zły, choć na nas największe wrażenie wywarła nazwa Dupek Dzwończego:) Szlak, który wiedzie wzdłuż skał to liczne schodki, kładki, z pewnością spodoba się niejednemu turyście, a nawet temu najmłodszemu. 


 Białe Skały

Na Kalenicę! Czyli spokojny spacer po Górach Sowich. [Relacja z wycieczki]

Na Kalenicę! Czyli spokojny spacer po Górach Sowich. [Relacja z wycieczki]

Z Kalenicy w kierunku Wielkiej Sowy

Tym razem nietypowo, bo na górską wycieczkę ruszamy z Wrocławia. Pogoda nie napawa optymizmem. Po sobotniej, iście wiosennej aurze, przyszło znaczne oziębienie, z chmur pada deszcz, a widoczność sięga kilkaset metrów. W takim nastroju jedziemy w Góry Sowie. Ze stolicy Dolnego Śląska w to pasmo górskie jedzie się około godziny, więc podróż mija nam bardzo szybko:)

Po drodze zatrzymujemy się w Bielawie. Nigdy tutaj nie zawitaliśmy, a byliśmy ciekawi Jeziora Bielawskiego. Zatrzymujemy się na parkingu przy kompleksie rekreacyjnym. Trwa jego rozbudowa. Oprócz jeziora, ścieżek spacerowych jest tutaj również basen, boiska sportowe, ścianka do squasha, miejsca do grillowania i to co na, się podobało najbardziej- ławeczka, a w niej schowane książki, które każdy może wziąć i poczytać. Warto zaznaczyć, że nie są one poniszczone, nie są stare, więc ludzie dbają o nie i to się bardzo chwali:) My, książkocholicy takie inicjatywy bardzo popieramy! Wychodząc z kompleksu, naszą uwagę przykuły jeszcze mapy tras rowerowych w Górach Sowich, które początek właśnie mają nad Jeziorem Bielawskim. Ostrzymy sobie zęby na te trasy, więc może już niedługo zawitamy tutaj na dwóch kółkach.

Jezioro Bielawskie

Ławeczka z książkami


Po tym krótkim przystanku, ruszamy na Przełęcz Woliborską (711 m n.p.m.). Prowadzi na nią kręta droga wojewódzka łącząca Bielawę z Nową Rudą. Samochód zostawiamy na parkingu zlokalizowanym w jej najwyższym punkcie. W zimie ta droga podobno rzadko jest przejezdna, jednk na razie nie planujemy tego sprawdzać;) Pierwotny plan zakładał przejście z Przełęczy do schroniska Zygmuntówka i pętelką zamknąć trasę wejściem na Kalenicę. Jednak deszczowa aura sprawia, że ograniczamy się jedynie do drugiego punktu tego planu. Idziemy czerwonym szlakiem, będącym częścią Głównego Szlaku Sudeckiego.

Od razu zaczynamy się wspinać do góry. Pierwszy szczyt na naszej trasie, który zdobywamy to Czarne Kąty (786 m n.p.m.). Idziemy po grubej warstwie starych liści. Czujemy się jakby był schyłek jesieni, a nie początek wiosny. Jak to mówią „w marcu jak w garncu”. W stronę Kalenicy, jeszcze dwukrotnie podchodzimy. stromym zboczem i takim samym schodzimy w dół, zdobywając po drodze Popielak (860 m n.p.m.).

Po 4 kilometrach meldujemy się na Bielawskiej Polanie. Jest to przełęcz, na której spotyka się kilka szlaków. Jeden z nich biegnie z Bielawy. Szkoda, że na naszej starej papierowej mapie go nie było, bo pewnie na Kalenicę wyruszylibyśmy znad Jeziora Bielawskiego. Jednak warto czasami popatrzeć w to co oferują nam nowoczesne technologie, czyli w mapy online.

Widoki z więzy widokowej na Kalenicy

Widoki z więzy widokowej na Kalenicy

 Trzymamy się zakładanego planu i rozpoczynamy ostateczne podejście na Kalenicę. Jest błotniście, a im wyżej tym więcej śniegu. Po starym, mokrym idzie się ciężko, ale zdajemy sobie sprawę, że to już ostatnie akcenty zimy w tym roku. Po nieco ponad godzinie od opuszczenia parkingu na Przełęczy Woliborskiej jesteśmy u stóp wieży widokowej na Kalenicy (964 m n.p.m.). Od razu wdrapujemy się na jej szczyt, choć się zastanawiamy, czy to na pewno jest bezpieczne. Wieża jest już mocno wyeksploatowana. Zardzewiałe elementy nie napwają optymizmem, gdy wchodzimy po jej schodach. Ale cóż się dziwić, jak wieża jest trochę wiekowa. Wzniesiono ją w tym miejscu w 1933 r. z inicjatywy Towarzystwa Sowiogórskiego. Nadano jej imię marszałka Hindenburga. Ze względu na pogodę widoki z wieży widokowej nie powalają, widzimy okoliczne szczyty, gdzieś z tylu majaczy masyw Wielkiej Sowy. W dole zarys Bielawy, a po drugiej stronie Nowej Rudy. I na tym wymienianie tego co widzimy musimy niestety zakończyć. Podobno przy dobrej aurze można stąd podziwiać wspaniałą panoramę na Karkonosze. Zapewne musi być magicznie!

Szczyt Kalenicy zdobyty! 

Na szlaku

Schodzimy z wieży widokowej, siadamy na chwilę, jemy drugie śniadanie, popijamy herbatkę. W tym miejscu warto wspomnieć, że Kalenica swoją nazwę zawdzięcza władzom Polski Ludowej. Wcześniej, Niemcy nazywali ją Krowią Górą, a po ustawieniu na niej wieży widokowej- Górą Wieżą. Nie spędzamy na szczycie dużo czasu. Zaczynamy marznąć. Oszukani przez naturę dnia poprzedniego nie wzięliśmy ze sobą nawet rękawiczek:( Nasze rączki marzły, a my w drodze powrotnej szybko przebieraliśmy nóżkami, by rozgrzać organizm. Wracamy tą samą trasą. Po raz drugi wchodzimy na Popielnik, a następnie na Czarne Kąty. Pom3 godzinach spaceru jesteśmy w samochodzie. Utwierdziliśmy się w przekonaniu, że w Góry Sowie musimy przyjeżdżać częściej! Cisza, spokój (oczywiście z wyjątkiem Wielkiej Sowy:p) i duża szansa na spotkanie muflona, to atuty, które przemawiają za tym pasmem górskim:) 


Szczyt o magicznej wysokości! Na Jałowiec, czyli na granicy Beskidu Żywieckiego i Makowskiego

Szczyt o magicznej wysokości! Na Jałowiec, czyli na granicy Beskidu Żywieckiego i Makowskiego


Co do tego, czy tym razem wędrowaliśmy po Beskidzie Żywieckim, czy Makowskim spory mogą trwać bez końca… Gdzie przebiega granica pomiędzy tymi dwoma pasmami zależy od tego, który podział geograficzny weźmiemy pod uwagę. Nam bliżej do Beskidu Żywieckiego, więc zostaniemy przy tym, chociaż może w tym momencie odezwać się wiele głosów, że masyw Jałowca leży jednak w Beskidzie Makowskim.
Za punkt startowy naszej kolejnej górskiej wycieczki obraliśmy wieś- Koszarawę. Dojeżdżamy do niej busem z Żywca. Na miejscu jesteśmy dopiero przed 11, dlatego szybko zbieramy się na szlak. Wybieramy ten znakowany na kolor żółty, który prowadzi prosto z miejscowości przez Lachowy Groń na Czerniawą Suchą. Początek szlaku wiedzie przez pola. Droga jest błotnista, rozjeżdżona przez sprzęt okolicznych rolników. Po osiągnięciu coraz większej wysokości ukazuje się nam piękna panorama na Pilsko, Rysiankę i Romankę. W takich okolicznościach robimy sobie przerwę na drugie śniadanie.  


Dalsza część naszej trasy, która wiedzie pomiędzy Lachowym Groniem a Czerniawą Suchą to przejście po praktycznie płaskim terenie. Po prawej stronie od szlaku ukazują się ośnieżone grzbiety masywu Babiej Góry. Po dojściu na Czerniawą Suchą dochodzi do nas szlak czerwony, jednak my dalej podążamy za żółtymi znakami kierując się na najwyższy punkt wycieczki- Jałowiec o magicznej wysokości 1111 m n.p.m..
Na szczycie jesteśmy, gdy za nami zachodzi Słońce. Ze szczytu rozpościera się wspaniała panorama na najwyższe szczyty Beskidu Żywieckiego (Babia Góra i Pilsko), a przy dobrej widoczności również szczyty Małej Fatry. Taka panorama jest możliwa dzięki temu, że w okolicach szczytu Jałowca wypasano owce i do dzisiaj zachowały się niezalesione hale: przy szczytowa Hala Trzebuńska oraz trochę niżej położona Hala Krawcowa. Tym razem możemy obserwować fantastyczny spektakl, gdy promienie słoneczne chowają się pomiędzy Pilskiem a Romanką.



Na szczycie znajduje się wiata i ławeczki dla turystów. Również umieszczona jest tablica informacyjna z opisaną panoramą na okoliczne szczyty. Na górze, umieszczony jest również krzyż upamiętniający spotkanie na szczycie kardynałów: Wojtyły oraz Wyszyńskiego.
Jałowiec to również góra, która kryje w sobie burzliwą historię II wojny światowej. Przebiegała tędy granica pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem a III Rzeszą. Stąd w jego masywie  można zobaczyć pozostałości po zabudowaniach posterunków armii niemieckiej.
Dalszą część wycieczki kontynuujemy niebieskim szlakiem. Już w ciemnościach lasu dochodzimy do celu- czyli noclegu w chatce na Adamach. Chata została wybudowana na początku XX w., ale dopiero w latach 80. XX w. rozpoczęto jej adaptację na funkcję noclegową, głównie dla studentów.
Po obudzeniu się chcemy wrócić przez Hucisko do Ślemienia, skąd mielibyśmy dotrzeć do Żywca. Jednak gubimy szlak i docieramy z powrotem do.. Koszarawy (swoją drogą odkryliśmy, że można na tym terenie zrobić całkiem przyjemną pętelkę). Szybkie spoglądnięcie na mapę i decydujemy, że zdążymy dojść do Ślemienia na ostatniego busa tego dnia, który dowiezie nas do Żywca. Ta część szlaku raczej bardziej nadaje się na niedzielny spacer niż na górską wycieczkę. My jednak cieszymy się, że było nam dane poznać mniej uczęszczane tereny Beskidu Żywieckiego.


Borowa Góra- najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich [Relacja z wyprawy]

Borowa Góra- najwyższy szczyt Gór Wałbrzyskich [Relacja z wyprawy]

Wieża widokowa na Borowej

Po zdobyciu Chełmca, drugiego co do wysokości szczytu Gór Wałbrzyskich postanowiliśmy, że kiedyś musimy wdrapać się również na o dwa metry wyższą od niego- Borową. Okazja nadarzyła się w jedną z sobót, kiedy to jadąc okrężną drogą do Wrocławia, zahaczamy o Jedlinę Zdrój, skąd postanawiamy rozpocząć wędrówkę na najwyższą, choć nie zaliczaną do Korony Gór Polski, górę Gór Wałbrzyskich.

Chełmiec widziany z Borowej

O tym dlaczego to właśnie Chełmiec, a nie Borowa jest zaliczana do szczytów KGP pisaliśmy już we wpisie dotyczącym wycieczki na tą pierwszą górę, ale może przypomnimy ten fakt. Podczas ustalania listy szczytów wchodzących w skład Korony Gór Polski wzięto pod uwagę błędną wysokość Chełmca, która została zmierzona z wieży widokowej zlokalizowanej na jej szczycie. Błędnie wybrany punkt triangulacyjny spowodował, że przez długi czas za najwyższy szczyt niesłusznie uważano  Chełmiec, a nie Borową.

Samochód stawiamy na dużym parkingu zlokalizowanym przy drodze wojewódzkiej prowadzącej z Głuszycy do Wałbrzycha w pobliżu nowoczesnego kompleksu sportowego w Jedlinie Zdrój. Stamtąd wzdłuż głównej drogi wędrujemy w kierunku Wałbrzycha i przy najbliższych zabudowaniach odnajdujemy szlak żółty, który ma nas planowo zaprowadzić na Przełęcz Kozią (653 m n.p.m.). Początkowo idziemy po asfalcie, w powietrzu czuć ciepłe wiosenne powietrze. Po 10 minutach docieramy do granicy lasu i jednocześnie granicy Parku Krajobrazowego Sudetów Wałbrzyskich, który utworzono w 1998 r. W tym momencie zaoferowani pięknem przyrody, gdzieś gubimy żółte oznakowanie. Kiedy się zorientowaliśmy, że ścieżka którą idziemy nie jest żadnym szlakiem pieszym, szybko wyciągamy mapę i analizujemy, którędy by tu pójść, by za dużo nie nadrobić drogi. Uznajemy, że zmierzając dalej na wprost ścieżką, którą wędrujemy dojdziemy do niebieskiego szlaku, który również doprowadzi nas w pobliże szczytu Borowej, tyle że z drugiej strony masywu niż to miało być w przypadku wędrówki szlakiem żółtym.

Szlakiem żółtym

Zmierzając powoli do góry spotyka nas bardzo niemiła niespodzianka. Na środku ścieżki leży martwy lis, wyraźnie potrącony przez jakiś pojazd. Przykro, że mieszkańcy lasu nie mogą czuć się bezpiecznie w swoim domu.

 Martwy lis na środku ścieżki

W końcu go widzimy! Szlak niebieski! A na nim całkiem sporo ludzi. Jedni schodzą, a drudzy wchodzą na Borową. My robimy sobie krótką przerwę, rozlewamy herbatkę i cieszymy się promieniami Słońca, które oświetlają nasze twarze. 5 minut oddechu i ruszamy. Kilkaset metrów niebieskiego szlaku i w lewo odbijamy za czarnymi znakami. Robi się co raz bardziej stromo, ale nasze narzekania kończą się wtedy, gdy widzimy, że z góry schodzi rodzina ze zwykłym wózkiem spacerowym! Podziwiamy!

W drodze na szczyt

Kilka minutek pod górę i już stoimy na szczycie Borowej, u stóp wieży widokowej. Nazwę Borowa temu szczytowi przyznano dopiero w 1949 r. Prawdopodobnie ma to związku z tym, że duże obszary pod szczytowe porasta bór świerkowy. Góra ta, przed wojną z niemiecka nazywana była Czarną Górą, ale władze Polski Ludowej postanowiły ochrzcić ją na nowo. Warto również wspomnieć, że Borowa to dawny wulkan, o czym świadczy jej budowa geologiczna. Podobnie jak wiele szczytów Gór Wałbrzyskich ma trapezoidalne kształt o bardzo stromych zboczach, dzięki czemu jest bardzo dobrze rozpoznawalna zarówno od strony Wałbrzycha, Jedliny-Zdrój jak i Rybnicy Leśnej.

Widok z Borowej na Góry Suche

Robimy sobie przerwę śniadaniowo- obiadową przysiadając na chwilę w nowej wiacie turystycznej. Tutaj również znajduje się pieczątka, którą podbijamy w naszej górskiej książeczce:) Trochę żałujemy, że nie pomyśleliśmy o tym, by wziąć ze sobą kiełbaski i przypiec na jednym z ognisk rozpalonych na szczycie.
Na wieży widokowej na Borowej

Widok z wieży widokowej na Borowej na Wałbrzych

Po kilkudziesięciu minutach spędzonych na uzupełnieniu straconych kalorii ruszamy na wieżę widokową. Została ona wzniesiona w 2017 r. z inicjatywy władz miejskich Wałbrzycha, Jedliny Zdrój oraz lokalnego Nadleśnictwa. Wysoka na 16 metrów pozwala na podziwianie panoramy górskiej rozpościerające się na całe Sudety Środkowe, a nawet i Karkonosze! Przy dobrej widoczności można dostrzec również zabudowania Wrocławia. Wieża widokowa o specyficznym skręconymi kształcie jest na pewno magnesem przyciągającym rzeszę turystów na Borową. Zachęcamy do jej odwiedzenia i my.

Po obfotografowaniu okolicy schodzimy czarnym szlakiem wiodącym wprost na Przełęcz Kozią. Nie bez powodu jest nazywany najbardziej stromym szlakiem w Sudetach, bo tak chyba jest rzeczywiście. Nie polecamy go nikomu, czy miałby iść w dół czy do góry. Schodzi się okropnie! Jest stromo, błotniście i ślisko! Pokonanie tego odcinka zajęło nam długie 25 minut. Szczerze, było ciężko.
Strome zejście czarnym szlakiem
Na Koziej Przełęczy

Z Przełęczy Koziej schodzimy do Kamieńska, gdzie wstępujemy do zajazdu zwanego Zacisze Trzech Gór, w którym zaopatrujemy się w Piwo Sowie. Szkodami, że nagli nas czas, bo chętnie poszukalibyśmy wejścia do najdłuższego tunelu kolejowego w Polsce, który zlokalizowany jest pod masywem Małego Wołowca, czyli w bardzo niedalekiej okolicy. Tą przyjemność zostawiamy sobie na inną okazję. Przechodzimy na drugą stronę głównej drogi i trasą biegową zmierzamy w kierunku centrum Jedliny Zdrój. Jest to bardzo uroczy zakątek. Cisza, spokój, piękne łąki, a do tego wspaniałe widoki na Góry Wałbrzyskie oraz Sowie. Czego chcieć więcej?

Na trasie narciarskiej, w kierunku Jedliny Zdrój

Na trasie narciarskiej, w kierunku Jedliny Zdrój
Po 3 kilometrowym marszu w końcu docieramy do podnóża Czarodziejskiej Góry. Tutaj znajduje się pięknie zagospodarowany park. Można w nim skorzystać z parku linowego, ścianek wspinaczkowych, toru saneczkowego, czy wyciągu narciarskiego. Jest naprawdę w czym wybierać!

Dom Zdrojowy w Jedlinie Zdrój

Kolejno przechodzimy do zdrojowej części miasta. Tutaj czeka na nas pięknie zagospodarowane centrum. Ciepła pogoda sprawiła, że pojawiły się pierwsze ogródki kawiarniane. Niestety zamknięta jest pijalnia wód leczniczych, a sprzedaż dobrodziejstw lokalnej natury odbywa się w Domu Zdrojowym, którego historia sięga początków uzdrowiska, czyli XVIII w. Warto również zajrzeć na aleję uzdrowiskową, którą wzdłuż porastają  dorodne lipy. Ciekawostką dotyczącą Jedliny Zdrój jest fakt, że nazwa miasteczku została nadana ponownie po II wojnie światowej, podobnie jak Borowej Górze. Wcześniej Jedlina nosiła nazwę Charlottenbrunn, na cześć żony pierwszego właściciela uzdrowiska. Dzisiejsza nazwa to efekt rosnących w dużej ilość jodeł wokół miasta.

Aleja Uzdrowiskowa
Kościół poewangelicki w Jedlinie Zdrój

Wycieczkę kończymy spacerem po Słonecznej Promenadzie i kompleksie sportowym obok którego zaparkowaliśmy swój samochód. Góry Wałbrzyskie idealnie nadają się na szybki jednodniowy wypad górski. Z pewnością jeszcze niejednokrotnie tutaj zajrzymy.

Spacer Aleją Słoneczną

Fragment tunelu kolejowego przy kompleksie sportowym w Jedlinie Zdrój


Copyright © 2014 Maciek i Natalia w podróży , Blogger