Zimą na Pradziada!



Czasami nawet jeśli czegoś nie lubimy to i tak zdarza nam się to robić. Tak też jest z wędrowaniem na niektóre szczyty górskie. Dlatego dzisiaj opowiem Wam o kolejnej naszej wyprawie, tym razem na górę o wysokości 1491 m n.p.m., której nie polubiłam od pierwszego spotkania. Dlaczego? Tego sama nie wiem, czasami tak jest, M. chyba też za ną nie przepada. Szlakami na jej szczyt wędrowaliśmy o każdej porze roku. Za każdym razem to samo odczucie- fajny spacer, sam szczyt niekoniecznie. Może to za sprawą pogody, która zawsze dała nam mocno w kość? Może za brak nagrody po wejściu, jaką jest wspaniała panorama? Tym razem było jednak inaczej, ale zacznę od początku….

Start: Karlova Studanka
Cel: Pradziad
Odległość: 18,3 km




            Wolna sobota to u nas rzadkość. Znalezienie takiego dnia w roku, żeby połączyć spotkanie z przyjaciółmi i górską wędrówką- graniczy z cudem. Trzeci weekend nowego roku pozwolił w końcu nam te obydwa fakty połączyć. Wraz z naszymi znajomymi pakujemy się z samego rana i wyjeżdżamy pokazać im pasma górskie inne  niż te, które dotychczas wspólnie udało nam się zwiedzić w studenckich czasach. Pogoda zapowiadała się wręcz idealna, więc wspólnie z M. postanowiliśmy stawić czoła naszej "ulubionej" górze. Chyba chcieliśmy obalić ciążącego na nas pecha związanego z tym szczytem ;D




Dojeżdżamy do Karlovej Studanki- uzdrowiska położonego u podnóża Pradziada. Wybieramy żółty szlak, który prowadzi przez Dolinę Białej Opawy. W zimie jest on przez Horską Służbę niewskazany do wędrówki, a to ze względu na duże oblodzenie jakie na nim występuje. Początkowo szlak jest bardzo łagodny. Dochodzimy do rozwidlenia szlaków- żółtego i niebieskiego, które później znów się połączą. Robi się coraz ciekawiej. Zaczynają się drewniane kładki i schody, a  my z każdym kolejnym krokiem nabieramy wysokości. Ku naszemu zdziwieniu, szlak jest mocno przetarty, a razem z nami idą inne grupki turystów (niektórzy w towarzystwie swoich czteronogich przyjaciół).


Ze wszystkich dróg na Pradziada ta podoba nam się najbardziej, a zima dodaje temu miejscu jeszcze większego uroku.    Naszym znajomym chyba też, bo co chwilę zatrzymywali się aby zrobić sobie kolejne pamiątkowe zdjęcia. Jedyne, na co musieliśmy baczniej uważać podczas wędrówki to przysypane grubą warstwą śniegu kładki. Ubity śnieg sięgał aż do barierek. Niebo nad naszymi głowami było błękitne, a zza drzew powoli docierały do nas promienie Słońca. Jak na zimę to szybko zaczynaliśmy ściągać kolejne warstwy odzieży. Trochę ostrożności, wzrok w dół aby się gdzieś nie poślizgnąć i szybko łączymy się z niebieskim szlakiem.



  Kilkadziesiąt minut łagodnego podejścia  i mijamy dolną stację wyciągu narciarskiego Pod Ovcarnou, gdzie już na całego trwa białe szaleństwo na stoku. Ostatnie podejście w śniegu po kostki (na ubitej ścieżce, bo obok można wpaść po pas ;D) i dochodzimy do schroniska turystycznego Barborka. Spod chaty idziemy już dobrze ubitą szeroką ścieżka, która dochodzi do "autostrady" na Pradziad (właśnie, m.in. za to nie polubiliśmy się z tą górką). Zwiększa się zagęszczenie ludności na szlaku, którzy dotarli tutaj głównie autobusem, dojażdżającym z Karlovej aż do Ovcarnej, czyli 3 km od szczytu Pradziada!




Mimo wszystko pogoda była tak dobra, że zapominamy o wcześniejszych nieprzyjemnościach związanych z tą górą. Szybko docieramy na szczyt i cieszymy się każdą chwilą! Pierwszy raz mamy taką widoczność na Pradziadzie!




Słońce, błękit, śnieg i… wiatr! No właśnie ten wiatr ;D Kilka minut bez ruchu a mróz daje się we znaki. Ale co zrobić jak trzeba upamiętnić taką piękną pogodę. Zakładamy wszystkie wcześniej ściągnięte warstwy oraz te dodatkowe, które wyciągamy z plecaka. A przy okazji otwartego plecaka podczas gdy M. fotografuje okoliczne szczyty ja szybko wyciągam termos z gorącą herbatą. No w końcu nie po to obciążam ukochanemu plecak, żeby zniósł ją na dół ;D W zimie mamy problem  z nawadnianiem podczas wędrówki. W cieplejsze dni prosta sprawa- rurka lekko opadająca na ramię gwarancją szybkiego dostępu do wodopoju. W zimie nosimy kubki termiczne- po jednym na głowę i jeden termos w plecaku. U nas małe sprawdzają się na podejściu, co tłumaczy ich lekko obity wygląd. Duży natomiast zostawiamy sobie na dłuższe postoje (no tak do 5-8 minut ;D). Każdy musi sobie znaleźć swój "idealny" sposób, by cieszyć się z ciepłego napoju na szlaku. Jeśli jeszcze nie znaleźliście idealnego rozwiązania dla siebie, kliknijcie tutaj i przeczytajcie poradnik „Jak wybrać termos?”, przygotowany przez naszego partnera Addnature. Z pewnością po takiej lekturze decyzję o zakupie idealnego termosu podejmiecie z łatwością.




            Na samym szczycie Pradziada znajduje się betonowa wieża telewizyjna mierząca aż 145,5 m z balkonem widokowym na poziomie 1563 m n.p.m oraz restauracją i hotelem na parterze. Wstęp na wieżę jest płatny, a koszt wejścia to 80 KC. Tam nas jednak jeszcze nie było, bo panoramę z niej można podziwiać jedynie przez szybę a widok z dołu w zupełności nam wystarcza (tym samym oszczędzamy na smażony ser czy piwko :D)


Zdecydowanie bardziej spodobałaby się nam poprzednia neogotycka wieża widokowa Altvaterturm. Po przyłączeniu Kraju Sudetów do III Rzeszy nazywano ją niem. Adolf Hitler Turm. Wieża źle znosiła trudne warunki klimatyczne i uległa zawaleniu w 1959 r. Jej wierną kopię można zobaczyć w Niemczech koło Lehestenu w Turyngii. Dla nas symbolem tej góry poza samą wieżą retransmisyjną RTV jest figura gospodarza tego szczytu- samego Pradziada. Zawsze robimy sobie z nim selfiaczka. W lecie ma więcej kolorów a zimą stoi jak słup z rysami twarzy wyrytymi przez życzliwych turystów :D


            Wchodzimy do środka wieży. W holu pomiędzy częścią hotelową a restauracyjną znajdujemy wolną ławkę i siadamy do wspólnego posiłku. Plusem grupowych wypraw jest suto zastawiony stół- od kabanosów po słodkie przekąski oraz termosów z przeróżnymi smakami i procentami.

 
Czas do zachodu Słońca jest coraz krótszy, więc zbieramy się do wyjścia. W drodze powrotnej nie brakuje ludzi na biegówkach oraz hulajnartach?(zamiast dwóch kółek ma dwie płozy). Nie brakuje nawet wykorzystywania czworonożnej siły roboczej (na miejscu dzieciaka cieszyłabym się bardziej jednak on wyglądał na znudzonego a nawet poddenerwowanego :D)


Wracamy tym samym szlakiem przez Barborkę, tam odbijamy w prawo za bałwankiem na niebiesko-żółty szlak. M. nie przepada za zejściami więc zanim on zejdzie ja mam czas na zimowe wygłupy w śniegu.





 Przy szlakowskazie oznaczonym “Nad vodospady Bily Opavy” wybieramy niebieskie znaki, czyli wędrujemy inną ścieżką niż tą, którą szliśmy do góry. Teraz po swojej prawej stronie, z góry widzimy dolinę Białej Opawy, którą wcześniej podchodziliśmy. To dobry wybór na zimową drogę powrotną. Ścieżka łagodnie trawersuje zbocze Ostrego Vrchu. Nie zwalnia nas to z roztropności na szlaku, gdzie miejscami jest stromy spad a zabezpieczające barierki są na wysokości kostek. I tutaj raczki okazują się również niezbędne, chociaż dla chcącego turysty nic trudnego- nasi znajomi radzili sobie bez nich świetnie.




 Kończymy wędrówkę równo z zachodzącym za szczytami Słońcem i udajemy się na krótki spacer po urokliwej miejscowości uzdrowiskowej. O niej samej napiszemy jednak już kiedyś indziej:)

 
P.S. Umowa była taka ze M. pisze a N. gada i robi zdjęcia, ale odważyłam się kolejny raz coś napisać. Mam nadzieję, że moje wypociny da się czytać. ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Maciek i Natalia w podróży , Blogger