Beskid Sądecki po raz pierwszy! Wielki Rogacz, Radziejowa i Przehyba


Nasze ciała i umysły od dłuższego czasu domagały się urlopu. Kilka dni wypoczynku, w których nie
będziemy musieli martwić się o obowiązki w pracy i domu. Udało się! Dostaliśmy urlop końcem
lutego i zaplanowaliśmy sobie każdy dzień. Brzmi pięknie prawda? Pogoda pokrzyżowała nam plany…
jak zawsze :D Zrezygnowaliśmy  z wyższych gór na rzecz przecierania nowych szlaków oraz
dalszego zdobywania Korony Gór Polski.

Start: Jaworki
Nasz cel: Radziejowa
Odległość: 26,8 km
Link do śladu GPS: https://www.traseo.pl/trasa/radziejowa-6



Wcześnie rano startujemy z rodzinnej wsi N. do Szczawnicy, z której planujemy wyruszyć na szlak.
Przed nami 2 h 30’ drogi. Kieruje jak zawsze M., ale po 15 km jego powieki stają się coraz cięższe i
cięższe. Dalsza droga staje pod znakiem zapytania, a kierowca staje pod najcięższa decyzją tego dnia…
zatrzymuje się na najbliższym parkingu i mówi: “Mała, nie dam rady, prowadź, Ja idę w kimę”.
Nawet nie wiecie jaki uśmiech namalował się na mojej twarzy. Wskoczyłam za kierownicę, szybkie
spojrzenie na trasę i w drogę. Daleko nie zajechałam, pół godziny  i musiałam dobudzić mojego
“Gps’a:! Daj babie auto, a obudzi Cię jej panika, że zaraz wjedzie na autostradę i nie wie gdzie ma
jechać. No może aż tak bardzo nie panikowałam ale potrzebowałam jego psychicznego wsparcia i
dalszej nawigacji ;) Wjeżdżam na drogę nr 7, a M. zasypia w mgnieniu oka. Z chłopem jak z
dzieckiem, zwolnij trochę a się obudzi. Zjeżdżamy na 968, którą dojeżdżamy do samej Szczawnicy.
Samochód zostawiamy na darmowym parkingu przy placu Dietla. Zdążyliśmy na pierwszy bus
Szczawnica-Jaworki. Wysiadamy na ostatnim przystanku i podchodzimy kawałek asfaltem do
Rezerwatu Białej Wody. Znamy już ten teren, więc nie musimy zerkać na mapę. Więcej o tej dolinie
pisaliśmy w artykule, gdzie pomyliłam krowę z bykiem i podeszłam zrobić jej, a raczej jemu zdjątko.
Link—> klik.

Dolina Białej Wody

Wybieramy inny szlak niż ostatnio. Odbijamy w lewo za zielonymi oznakowaniami. Zaczynając
dzisiejszy trekking po swojej prawej stronie oglądamy dolinę w dole, a wyżej ukazują nam się
oddalone Trzy Korony. Nasz początek jest ciężki, nogi odmawiają posłuszeństwa a lenistwo bierze
górę. Dopada nas znane “nie chce mi się”. Zaplanowaliśmy sobie trasę 27km, więc spinamy tyłki i
podkręcamy tempo. Pierwsze minuty, a nawet godzina mijają nam w milczeniu. Jakby tego było mało,
do naszej dwu- osobowej grupki dołączył się kolega wiatr, towarzysząc nam do końca dnia. Z oddali
dopatrujemy się, długo oczekiwanego odbicia szlaku na niebieski.


Od tego momentu idzie nam się znacznie lepiej. Powoli odsłaniają się Tatry, które na zdjęciu poniżej
trzeba sobie trochę wyobrazić. Ale wierzcie lub nie, na żywo można było je dostrzec. Ten widok
dodaje nam energii. Wędrując planujemy swoje dalsze wyprawy i plany życiowe. Nigdzie tak dobrze
się nie dogadujemy, jak właśnie w górach. One mają w sobie to coś. Zbliżają do siebie ludzi, i
wyzwalają z człowieka caluśką prawdę i jego uczucia. Szybko podchodzimy pod szczyt Wielkiego
Rogacza (1182 m n.p.m.). Nie decydujemy się na zdobycie jego wierzchołka, gdyż musielibyśmy
przez 200 metrów brnąć w metrowych zaspach.
W stronę Tatr

Dalej schodzimy w stronę Radziejowej (1262 m n.p.m.). Jest stromo, ale idzie się bardzo przyjemnie.
Nawet nie zauważamy jak szybko minął nam czas i znaleźliśmy się u podnóża wieży widokowej na
naszym kolejnym szczycie należącym do Korony Gór Polski. Dowiadujemy się tam, że renowacja
planowana jest na rok 2018. Zaraz, zaraz, mamy 2019 a na górę nadal nie można wejść. No trudno,
szybkie selfie i zamykamy dalej.

Kolejny postój w schronisku pod Przehybą za niecałe 2 h, więc czekolada musi wystarczyć.
Na większy posiłek jest po prostu za zimno :D Leśną ciszę i górski spokój powoli zakłócają
nasze żołądki, a szlak z najwyżej położonego punktu wyprawy zamiast iść w dół płata figle
jak na rollercosterze. Każde podejście wydaje się być ostatnie. Zdobywamy kilka szczytów,
z których chyba najbardziej zapadł nam w pamięć Złomisty Wierch (1224 m n.p.m.). Nie, nic
ciekawego na nim nie było, co by wyróżniło go spośród innych. Po prostu nazwa zapadła nam
ciężko w pamięci:)
 Widok ze schroniska na Przehybie

Po którymś z kolejnych wierzchołków, w końcu dochodzimy do schroniska. Stoi ono u podnóża
Przehyby (1150 m n.p.m.). Budynek, w którym możemy dzisiaj odpoczywać to trzecia budowla
wzniesiona w tym miejscu. Pierwsza powstała w 1937 r., jednak już pod koniec II wojny światowej
zostało spalone przez Niemców. Odbudowane w 1958 r. przetrwało niewiele ponad 30 lat i znów w
1991 r. pochłonął je ogień. Budynek, w którym dzisiaj spędzamy czas został wzniesiony w 1998 r.
Pochłaniamy nasze zapasy schowane głęboko w plecaku. Schronisko świeci pustkami, więc nie
siedzimy w nim zbyt długo.

W kierunku Szczawnicy

Ostatnia część trasy mija nam ze Słońcem nad głowami. Niestety, ta przybłęda z rezerwatu
dalej wieje nam w twarz. Robimy stromy unik w głąb lasu i gubimy “dziada”. Jednego i
drugiego też niestety. Do Szczawnicy dochodzimy niebieskim szlakiem. Mijamy konie z
saniami, które jadą po asfalcie. Jakby nie można było postoju bryczek zrobić trochę dalej
na lodzie :/ Wiem, że konie służą m.in. do ciężkiej pracy, ale bez przesady... Tak mija nam
pierwszy dzień, który zaczął się leniwie, a skończył z energią i pragnieniem kolejnych
szczytów. Jeszcze zatrzymujemy się w restauracji “Pod Siekierkami”, którą musimy
pochwalić za przepyszny żurek! Jedna porcja 450 ml podawana w wazie. Zjedliśmy po
dwa talerze a drugie danie się już nie zmieściło :D Ciekawe jaka zupa będzie jutro?   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Maciek i Natalia w podróży , Blogger