Aktywna niedziela! Ostas, Góra Wszystkich Świętych oraz Wambierzyce

Aktywna niedziela! Ostas, Góra Wszystkich Świętych oraz Wambierzyce


Po całym tygodniu pracy człowiek szuka odpoczynku. Jedni wychodzą na zakupy, do kina, inni spotykają się w gronie najbliższych, jeszcze inni wyjeżdżają na oklepane wycieczki do Zakopanego czy innych większych miast. Nie należymy do żadnej z tych grup. Właściwie to nie wiem do jakiej grupy nas zaliczyć. W swoim życiu szukamy harmonii. Wszystkiego mamy po trochu, Za wyjątkiem gór. To jedyna rzecz, którą jesteśmy wstanie przedawkować bez skutków ubocznych dla organizmu. 

M. uwielbia spędzać wolne chwile z wzrokiem wpatrzonym w papierowe mapy. Uwielbiam go za to. Popijając herbatkę, przesuwa palec po namalowanych szlakach i opowiada, gdzie zawiezie nas następnym razem. Tym razem na naszą wycieczkę wybrał Ostas. Miejsce położone w Górach Stołowych u naszych południowych sąsiadów.  


Mimo zapowiadanego zachmurzenia, widoczność gór jest dobra. To pewnie zasługa wiatru, który wiernie dotrzymuje nam towarzystwa w ten weekend. W drodze na granicę z Czechami zjeżdżamy z trasy aby odwiedzić śląskie Jeruzalem. Wambierzyce oboje odwiedziliśmy już z rodzicami za dzieciaka, ale wtedy wszystko było jakby ładniejsze. Tak chyba działa wyobraźnia :D Samochód parkujemy tuż przy Bazylice i wpierw udajemy się  na górę Kalwarię. Przechodzimy pomiędzy licznymi kapliczkami i docieramy na samą górę, skąd rozpościera się piękny widok na Góry Stołowe i całą wioskę. Następnie udajemy się do kościoła na wzniesieniu Syjon, który wybudowany został po drugiej stronie potoku Cedron. To miejsce ma naprawdę szczególny klimat, a jego historia nadaje się do napisania kolejnego artykułu. Polecamy odwiedzić ten kawałek Polski.



Po krótkim przystanku w Wambierzycach udajemy się w dalszą drogę. Do granicy z Czechami dojeżdżamy drogą 386 przez Tłumaczów. Następnie wjeżdżamy na 302 i w mieście Broumov odbijamy na 303. Po kilkunastu minutach w miejscowości Pekov znajdujemy kierunkowskaz w prawo na Ostas. Parkujemy kilka metrów poniżej osady domków kempingowych, popularnej wśród wspinaczy, którzy upodobali sobie to miejsce. Na nasze podkowy zakładamy raczki. W dalszej części naszej wędrówki okazały się niezbędne, ponieważ skały były mocno oblodzone. Jako pierwszy punkt wybraliśmy szczyt Ostas (700 m n.p.m.). Idąc niebieskim szlakiem od samego początku po lewej stronie podziwiać można wystające powyżej drzew masywy skalne. Po pięciu minutach wędrówki wchodzimy do lasu. Zaczynają wyłaniać się kolejne Skały, na widok których automatycznie włącza się wyobraźnia dziecka. M. potrzebuje trochę więcej czasu aby dostrzec te wszystkie stwory skalne, które mi od razu rzucają się w oczy :D Skoro dla mnie jest to raj dla oczu i wyobraźni, dzieciom na pewno też się tutaj spodoba. Mieliśmy odbić w lewo przez Bramę skalną, Ale wciągnął mnie labirynt skalny. Weszłam tylko zobaczyć kawałek wyżej, a później było tylko dalej i dalej iii…  zgubiłam swojego ukochanego ;D  Te skały naprawdę potrafią pochłonąć człowieka do swojego wnętrza. Wszystko to za sprawą różnorodnych form, kolorów, kształtów. Cały masyw składa się z dwóch dużych płyt skalnych. Powierzchnia szczytu jest zwietrzała, popękana i poprzecinana wieloma szczelinami. Właśnie między tymi dwoma płytami znajdują się labirynt górny, który zwiedzamy na początku naszej wędrówki oraz labirynt dolny, zaplanowany na końcu naszego spaceru. W labiryncie, jak sama nazwa wskazuje można się zgubić. Tak też robimy. Zamiast podążać wedle namalowanych na skałach strzałkach, idziemy śladami pozostawionymi w śniegu. Dochodzimy do schodów, które pokonaliśmy stylem dowolnym ze względu na duże oblodzenie. Zapatrzeni w krajobraz tracimy z oczu niebieski kolor szlaku. Zasięgu nie ma, więc wyciągamy nasze ukochane papierowe mapki, które nie zawodzą o żadnej porze dnia i roku. Szybko odnajdujemy się w terenie i docieramy na wierzchołek płyty górnej- Frydlancką skałę z punktem widokowym. Dalszą drogę pokonujemy zgodnie z wytyczonym szlakiem.










Po zejściu z płyty górnej odbijamy na ugrupowanie skalne zwane Koci Gród. Chwilami pokonujemy bardzo wąskie przejścia pomiędzy skałami. M. niektóre momenty musiał pokonywać górą. Większa osoba może mieć problem. My musieliśmy ściągać  plecaki (dla turystów z torebkami pokonanie szlaku nie będzie stanowiło większych problemów ;D). Niższą płytę zwiedzamy ok 30 minut. Górna płyta okazała się dla nas znacznie ciekawsza.




            Dzień jeszcze długi, więc szybko pakujemy się do samochodu planując dalszą część dnia. Decyzja podjęta, a nasz wybór padł na Górę Wszystkich Świętych, Wzniesienie położone jest w północno-środkowej części Wzgórz Włodzickich. Pod sam szczyt prowadzi droga. Jednak ze względu na duże oblodzenie zostawiamy auto przy drodze i resztę trasy pokonujemy pieszo. Dochodzimy do ogrodzonego kościółka, który dodatkowo okazuje się być strzeżony przez nieustannie szczekającego psiaka. Idąc trochę dalej dostrzegamy kamienną wieżę. Na szczęście wieża jest otwarta dla zwiedzających. U jej szczytu rozciąga się piękna panorama na Góry Sowie, Góry Suche, Góry Bardzkie, Góry Bystrzyckie, Góry Stołowe, Kotlinę Kłodzką i Masyw Śnieżnika. Nam jednak najbardziej rzuca się  w oczy kolejna wieża, która znajduję się na Górze Świętej Anny. Tak powstaje kolejny pomysł na wycieczkę. 





Planując kolejny trekking, wracamy  z powrotem do domu. Naładowani pozytywną górską energią, gotowi zmierzyć się z codziennymi obowiązkami zwykłego człowieka. Kolejny raz pozostaje w nas radość i tęsknota do gór. Pisząc te wspomnienia, podziwiam odległe górskie widoki z okna naszego mieszkania, nie mogąc doczekać się kolejnej wyprawy.
Lipowiec- na szlaku Orlich Gniazd

Lipowiec- na szlaku Orlich Gniazd

Dzisiaj zabieramy Was na wycieczkę na zamek! 

Gdzie ten zamek? W Babicach! 

Lipowiec zamek



Jak tam dojechać? Najkorzystniejsza jest trasa wiodąca z Bierunia przez Alwernię do Krakowa (wojewódzka 780). Zamek jest widoczny po lewej stronie zaraz po wjeździe do Babic. 





Dziedziniec zamku

Dlaczego warto go odwiedzić? 
Nie będziemy zanudzać Was historią, bo przecież nie o to w tym chodzi (chociaż jest ona interesująca i zachęcamy do zapoznania się:)). Na zamek warto wybrać się z innych powodów. Jest to świetne miejsce na wypad z dziećmi. Można tutaj poczuć się jak średniowieczny rycerz i szukać księżniczki w niejednej komnacie. Można również z najwyższej wieży podziwiać wspaniałą panoramę, w tym na Beskidy, a przy dobrej widoczności również na Tatry i Małą Fatrę. Co więcej, wokół zamku krąży wiele legend.. Jakich o tym dowiecie się, gdy go odwiedzicie:) Jest to ponadto zamek należący do szlaku Orlich Gniazd, który warto "zrobić" w całości. 


Panorama z wieży zamkowej

Barania Góra i Skrzyczne jednego dnia!

Barania Góra i Skrzyczne jednego dnia!

Barania Góra i Skrzyczne jednego dnia
 Zastanawiacie się jak potoczyły się nasze losy po poznaniu się na Błatniej? Umówiliśmy się na randkę! Gdzie? Oczywiście w górach!
Na punkt startowy swojej wycieczki wybraliśmy Węgierską Górkę, do której dojechaliśmy pociągiem z Katowic.
Będąc w Węgierskiej Górce warto przyglądnąć się bliżej fortom, które zostały wybudowane tutaj na potrzeby polskiego wojska w 1939 r. Planowana liczba tego typu budowli miała w tym miejscu sięgnąć liczby 16, jednak ze względu na wybuch II wojny światowej wzniesiono ich tylko 5. W fortach znajdowały się ciężkie karabiny maszynowe oraz armaty. Węgierska Górka z tego względu była ważnym punktem walk podczas kampanii wrześniowej.
Na nasz pierwszy cel- Baranią Górę (1220 m n.p.m.), z tej miejscowości prowadzą dwa szlaki: czerwony i zielony. Ze względu na to, że pierwszym już kiedyś Maciek wędrował wybieramy druga opcję. Szlak zielony nie należy do najpiękniejszych w Beskidach. Jest zarośnięty, ścieżka nie jest wydeptana, co świadczy o tym, że zbyt wielu turystów tutaj nie spotkamy. Po ponad godzinie marszu dochodzimy do końca zielonego szlaku i rozpoczynamy szukanie czarnych oznakowań, co niestety nie należało do najłatwiejszych. Jak się domyśliliśmy wcześniej, mimo że jest ciepła sobota, ludzi na szlaku nie spotkaliśmy;) Wskazówka dla innych- w tym miejscu trzeba wybrać drogę asfaltową i podążać nią do góry, a dopiero po jakimś czasie ujrzymy czarny szlak.


Początkowo nowy szlak nie różni się niczym od poprzedniego, ale po kilkudziesięciu minutach pojawiają się widoki typowe dla Baraniej Góry, a więc kompletnie nie zalesione górskie szczyty. Na szczycie Baraniej Góry robimy sobie dłuższą przerwę. Korzystając z dobrej pogody, podziwiamy panoramę Beskidu Żywieckiego z Babią Górą i Pilskiem. Na horyzoncie wyłaniają się również tatrzańskie szczyty. Będąc na Baraniej Górze trzeba obowiązkowo wspiąć się po schodach na szczyt wieży widokowej. W nagrodę można rozkoszować się widokiem na inne szczyty Beskidu Śląskiego oraz Morawskiego, a przy sprzyjającej pogodzie można dojrzeć również Małą Fatrę, a nawet Jeseniki w Sudetach!

Mając jeszcze dużo czasu, korzystamy ze słonecznego dnia i decydujemy się maszerować dalej w kierunku Skrzycznego. Trzymamy się zielonych znaków. Po krótkim czasie z prawej strony dochodzi do nas czerwony szlak z Węgierskiej Górki (z biegu czasu musimy powiedzieć, że jest dużo ciekawszy i przyjemniejszy niż konkurencyjny, który my wybraliśmy).


Następnym szczytem na naszej drodze jest Malinowska Skała (1152 m n.p.m.). Natalia oczywiście musi się wdrapać na sam szczyt, czyli na skałę. Półka skalna o wymiarach 6 m x 14 m x 5 m jest zbudowana ze zlepieni kwarcu, granitu oraz skaleni i jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych symboli Beskidu Śląskiego. Ponadto, Natalia spotyka pieska, z którym się szybko zaprzyjaźnia:)
Dalej szlak jest bardzo przyjemny. Idzie się prawie po płaskim i można ciągle podziwiać wspaniałą panoramę, z jednej strony na Beskid Żywiecki, a z drugiej na Śląski. Na szczycie Skrzycznego robimy sobie małą przerwę w schronisku. Skrzyczne to najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego (1257 m n.p.m.), dzięki czemu zalicza się go do Korony Gór Polski. Na szczycie nieprzerwanie od prawie 90 lat stoi schronisko turystyczne oraz 87- metrowa wieża telewizyjna, dzięki której Skrzyczne jest rozpoznawalne nawet z Górnego Śląska, czy z tatrzańskich szczytów.
Wybieramy najszybsze z możliwych zejść ze szczytu- wzdłuż kolejki, gdyż musimy jeszcze ze Szczyrku dostać się Bielska-Białej na pociąg, a na zegarku już 17! Schodząc ze Skrzycznego otwiera nam się fantastyczny widok na Jezioro Żywieckie i Beskid Mały z charakterystyczną Górą Żar.

Niestety w Szczyrku spotyka nas niemiła niespodzianka. Busy zupełnie nie trzymają się rozkładów jazdy i musimy liczyć na szczęście, że jakiś, kiedyś przyjedzie... Ostatecznie bus podjeżdża po kilkudziesięciu minutach. Na szczęście udaje nam się zdążyć na godzinę 21.00 na pociąg do Katowic, choć w pewnym momencie musieliśmy biec:) Dzień wykorzystaliśmy maksymalnie!
Najlepszy pomysł na randkę? Oczywiście, góry! Uwierzcie, że przez kilka godzin spędzonych razem, w różnych warunkach, można poznać się doskonale!


Recenzja rękawic neoprenowych Jack Pyke oraz rękawic Mil-Tec Hunter Wild Tree Snow.

Recenzja rękawic neoprenowych Jack Pyke oraz rękawic Mil-Tec Hunter Wild Tree Snow.


Dzisiaj opiszemy Wam o dwóch modelach rękawiczek, jakie otrzymaliśmy od naszego partnera- Milworld. Pierwsze to męskie rękawiczki neoprenowe, a drugie to damskie rękawiczki wykonane z polaru. Zakładaliśmy, że chrzest bojowy obie pary przejdą, gdy będziemy śmigać na biegówkach. Niestety opady deszczu przez cały dzień spowodowały, że śnieg na trasach do narciarstwa biegowego się stopił, a to co zostało w całości się zmroziło. Stąd zrezygnowaliśmy z jazdy na nartach po lodzie, a udaliśmy się na lekki trekking. Temperatura powietrza oscylowała wokół zera, więc ubiór rękawiczek był dla nas obowiązkiem. Pierwsze wrażenie-  polarowe wyglądały na nieco za dużym i szerokie, ale jak się okazało dzięki temu można było nasunąć je na kurtkę i uniknąć niekontrolowanego wpadania do nich śniegu. Natomiast w obrębie palców, co zaskakujące były całkiem nieźle dopasowane. Rękawiczki neoprenowe od początku sprawiały wrażenie dobrze dopasowanych, a zapięcie w postaci rzepu dodatkowo chroniło rękawiczki przed niekontrolowanym zsuwaniem. Jednak model Jack okazał się trochę sztywny, ale to zapewne efekt antypoślizgowej powłoki jaka pokrywa wewnętrzną część tych rękawiczek. Jednak, dzięki takiemu rozwiązaniu można pewnie trzymać kijki trekkingowe, a może i czekan, ale tego na razie nie sprawdziliśmy w terenie;) Rękawiczki Jack Pyke posiadają bardzo fajne rozwiązanie, z którego osobiście korzystam, by obsługiwać telefon komórkowy bądź aparat. O czym mowa? O odpinanym palcu (jeśli nie umiecie sobie tego wyobrazić zerknijcie na zdjęcie poniżej;))



U nas się nic nie odwlecze, więc przeczekaliśmy tydzień i na biegówki się jednak wybraliśmy:) Temperatura niewiele powyżej zera. W ręce było trochę zimno, więc nowe rękawiczki znowu „poszły w ruch”. Niestety przez to, że było ciepło, nasze ręce się szybko spociły, a rękawiczki nie poradziły sobie z odprowadzaniem wilgoci. Byliśmy zmuszeni schować je do plecaków i ubrać dużo cieńsze. 



Kolejny dzień w górach to kolejna szansa na przetestowanie nowych rękawiczek. Odwilż spowodowała, że śnieg na szlaku był bardzo mokry, stąd zdecydowaliśmy o sprawdzeniu wodoodporności rękawiczek. Aby było jak najbardziej wiarygodnie musieliśmy zamienić się w "duże dzieci" i pobawić się trochę w śniegu;) Lepienie bałwana i walka na śnieżki wypadły na plus dla rękawiczek, gdyż nie przepuściły wody do swojego wnętrza, a z zewnątrz bardzo szybko wyschły.



Czekamy jeszcze na moment, gdy będziemy mogli przetestować nasze nowe rękawiczki w duże niższej temperaturze. Na razie możemy stwierdzić, że nadają się do trekkingu, bez większego wysiłku fizycznego, gdy temperatura powietrza oscyluje w okolicach zera stopni Celsjusza lub jest niewiele kresek poniżej. Jeśli twoja aktywność fizyczna w górach ogranicza się do tego typu działań to możemy z całego serca zarówno jeden jak i drugi model rękawiczek polecić. Jednak, gdy masz zamiar zdobywać wyższe szczyty, gdzie pogoda lubi zmieniać się diametralnie, może pojawić się silny wiatr lub temperatura spaść do kilkunastu stopni poniżej zera, oprócz tego typu rękawiczek musisz mieć w zapasie dużo lepsze, z wyższej półki, które będą w stanie utrzymać ciepło w najbardziej krytycznych momentach. 

Zainteresowanych zakupem odsyłamy na stronę sklepu internetowego Milworld, gdzie istnieje możliwość zakupienia zarówno rękawiczek Jack Pyke, jak i modelu Mil-Tec Hunter Wild Tree Snow: https://milworld.pl/
Zamek w Olsztynie

Zamek w Olsztynie


Dzisiaj będzie o kolejnym zamku leżącym na Szlaku Orlich Gniazd. Olsztyn to zamek, a właściwie jego ruiny położone najbliżej Częstochowy.



Historia tego obiektu jest bardzo podobna jak innych tego typu leżących na Jurze Krakowsko- Częstochowskiej. Zbudowany w XIII w. przechodzi z rąk do rąk, aż wreszcie w trakcie potopu szwedzkiego zostaje prawie doszczętnie zniszczony. Nie został odbudowany w późniejszych latach, a to ze względu na fakt położenia Olsztyna poza ważnymi szlakami komunikacyjnymi i niechęci włodarzy do osiedlenia się na tych terenach. 


Dzisiaj po zamku pozostały tylko ruiny. Dwie charakterystyczne wieże, jedna okrągła, druga w kształcie prostopadłościanu to znaki rozpoznawcze tej budowli. Zamek jest udostępniony dla turystów, można zwiedzać zarówno jego górną jak i dolną część. Na zamek wejście jest podobno biletowane, jednak kiedy my byliśmy to nikt tutaj pieniędzy za wstęp nie pobierał. 


Nie chcemy Was zanudzać kolejnymi historycznymi wątkami tylko zachęcić do odwiedzenia tego wspaniałego miejsca. Warto tu sobie przysiąść na trawie i podziwiać wspaniałe wzgórza Jury Krakowsko Częstochowskiej. 

Jak tutaj trafić? 
Dla jadących zarówno z południa jak i z północy najlepszą opcją jest wybór krajowej "1". Tą dwupasmówką, od strony Katowic skręcamy w prawo kilka kilometrów przed Częstochową na krajową "46" z kierunkowskazami na Jędrzejów. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do Olsztyna. Zamek jest widoczny z daleka. Samochód możemy zostawić na parkingu przy zamku, bądź na parkingach w pobliżu olsztyńskiego rynku. 
Z Błatniej przez Równicę do Ustronia

Z Błatniej przez Równicę do Ustronia


Po noclegu w schronisku PTTK na Błatniej przyszła pora na jego opuszczenie i udanie się w kierunku stacji PKP na pociąg do Katowic. Najszybszą opcją byłoby zejście Doliną Wapienicy do Bielska- Białej i stamtąd dostanie się do centrum tego miasta na dworzec. Jednak po porannych mgłach przyszło niewielkie rozpogodzenie, dlatego decydujemy się, że wydłużymy sobie powrót i z Błatniej przejdziemy na stację PKP do Ustronia, zdobywając po drodze Równicę (885 m n.p.m.).
            Wraz z mocno przerzedzoną naszą grupą, schodzimy w dół do Brennej , trzymając się zielonego szlaku. Po niecałej godzinie jesteśmy w centrum wsi, gdzie korzystając z okazji, uzupełniamy prowiant w sklepie.
Szlak zielony wiedzie dalej przez wioskę i po kilkuset metrach odbija stromo do góry, a następnie wchodzi między drzewa. Aż do rozwidlenia szlaków pod Równicą droga wiedzie gęstym lasem. Ścieżka jest dość szeroka i polecamy ją nawet osobom, które w góry przyjeżdżają okazjonalnie, aby mogły złapać górskiego bakcyla i nie zrazić się do męczących podejść. Następnie zmieniamy oznaczenia naszej drogi na niebieskie, które prowadzą wprost do schroniska PTTK pod Równicą (od listopada 2016 r. właściciele tego budynku zrzekli się statusu schroniska). Schronisko w tym miejscu funkcjonowało od lat 20. XX w., jednak po prawie 100 latach działalności zostało przekształcone w gościniec. Wszystko za sprawą większej ilości klientów w tym miejscu, przy zdecydowaniu niewielkiej liczbie turystów, jacy korzystali ze schroniska. Aby zdobyć szczyt należy nieznacznie zboczyć ze szlaku i iść pod górę szeroką, lecz nieoznakowaną drogą. Szczyt Równicy jest dość mocno zalesiony i trzeba naszukać się prześwitów, aby móc podziwiać jakąkolwiek panoramę.

Widok spod szczytu Równicy na budynek byłego schroniska
Godne uwagi widoki otwierają się przed nami dopiero, gdy schodzimy w kierunku schroniska PTTK. Można podziwiać wszystkie najważniejsze szczyty Beskidu Śląskiego: Skrzyczne, Baranią Górę, Soszów, Stożek, Czantorię oraz widać całą trasę, którą wczoraj wędrowaliśmy. Niestety możliwość dojazdu dosłownie pod drzwi schroniska własnym samochodem sprawiło, że ten uroczy zakątek został mocno skomercjalizowany. Nie brak tutaj wielu restauracji, barów fast food, straganów. Dla ludzi, którzy szukają spokoju w górach, Równicy zdecydowanie nie polecamy.

Widok spod Równicy na Ustroń


           Po krótkim postoju w schronisku schodzimy w dół do Ustronia. Wybieramy czerwone znaki Głównego Szlaku Beskidzkiego. Po drodze mijamy leśny kościół ewangelicki, w którym za ławki służą pnie drzew- dość ciekawe miejsce. Jest to jedno z sześciu takich miejsc w Beskidach, które upamiętniają czasy przełomu XVII i XVIII w., kiedy to w czasach kontrreformacji ewangelicy byli szykanowani za swoją wiarę i musieli odprawiać nabożeństwa w ukryciu.. Dzisiaj choć mają swoje kościoły w Ustroniu i Wiśle, nadal korzystają z tych leśnych, upamiętniając trudne czasy.
Szlak jest dość stromy, ale plusem jest to, że dzięki temu szybko jesteśmy w mieście. Do pociągu mamy jeszcze sporo czasu, więc korzystając z położenia stacji PKP tuż nad Wisłą robimy sobie nad nią zasłużony odpoczynek po dwóch dniach marszu po Beskidzie Śląskim. Tak minął nasz pierwszy wspólny weekend w górach:)

Beskid Mały nie taki Mały- Madahora i Potrójna

Beskid Mały nie taki Mały- Madahora i Potrójna


Wolny dzień zawsze kończy się u nas tak samo- wyjazdem w góry. To chyba już dla wszystkich oczywiste. Naszej rodziny tym bardziej to nie dziwi. Kiedy dzwonię do rodziców zapowiedzieć się z wizytą, pytają gdzie tym razem się wybieramy, a do nich oczywiście przyjeżdżamy "przy okazji". Stąd tym razem…

Start: Rzyki
Cel: Łamana Skała, Potrójna
Odległość: 13,65 km

Ostatnio łazikowaliśmy głównie po Sudetach, jednak w końcu zamieniamy je na Beskidy i wyruszamy na krótką część Małego Szlaku Beskidzkiego. Parkujemy pod pierwszym wyciągiem narciarskim mieszczącym się w Rzykach. Musimy przejść kawałek asfaltem, aby dojść do początku żółtego szlaku. Zaczyna się on przy kolejnym wyciągu narciarskim. 


Wybierając się na stok można skorzystać z parkingu albo dojechać do niego skibusem pod samą stację. Znajdujemy żółte oznakowanie na drzewach i podążamy ich śladem. Kolejny raz zaskoczyła nas dobrze wydeptana ścieżka, mimo, że dookoła leży naprawdę sporo śniegu. Mały Beskid nie jest taki mały. Do pokonania mamy około 400 m przewyższenia, a szlak od samego początku do łagodnych nie należy. Nie możemy znaleźć wspólnego tempa. Pewnie dlatego, że od samego początku ukazują nam się piękne widoki i chcę nacieszyć nimi oko, przez co cały czas fotografuję okolicę. Tłumaczę sobie, że im wyżej tym ładniej i szybko doganiam mojego biegacza. 


Tym samym dochodzimy do czerwonego szlaku. W lewo prowadzi on na Leskowiec. My odbijamy w prawo. Dochodzimy do Rozstaju pod Łamaną Skałą nazywaną również Rozstajem Anuli. Druga nazwa wzięła się od krowy, która uciekła pewnemu gospodarzowi i osiedliła się w tym miejscu. Jeśli zaciekawiła was ta krówka, to zachęcamy do dogłębnej lektury poniżej:

Wydarzyło się to jeszcze przed I wojną światową, ale któż by to dokładnie pamiętał. Józef ze Snokówki miał dwie córki na wydaniu, a postawny Krzysiek z Kukowa, starał się o rękę starszej z nich. Ojciec zgodził się na ślub i postanowił wznieść młodym chatę na łące pod lasem. By zdobyć pieniądze na budowę, swoje dwie krowy pognał do Wadowic przez Beskid. Intendentura stacjonującego tam cesarsko- królewskiego 56. Galicyjskiego Pułku PIechoty płaciła za bydło znacznie więcej niż mógłby on otrzymać za nie w Ślemieniu. Krowy różniły się temperamentem: Krasula była spokojna i dawała więcej mleka, natomiast Anula była inteligentniejsza, bardziej ruchliwa i lepiej sobie radziła z wyszukiwaniem najsmaczniejszych traw. Ona również szybko zorientowała się, że gospodarz zabiera je z obory na zawsze. Krasula zrezygnowana szła noga w nogę, Anula zaś co chwilę nerwowo przystawała i rzucała łbem, jakby się przed gzami oganiając. W pewnej chwili gdzieś w okolicy Wedrujących Kammieni pod Smrekowicą zerwała się gospodarzowi z Powroża i pognała przed siebie w las. Józef szukał ją przez dłuższą chwilę, jednak uznał, że sama wróci do obory. Z samą Krasulą podążył do Wadowic, korzystnie sprzedając ją wojsku. Po powrocie do domu okazało się, że Anuli nie ma. Przepadła jak kamień w wodę. Przez następne dni, gospodarz poszukiwał swojej krowy w całym masywie Madohory- w końcu bydło stanowiło znaczący majątek. Jednak Anula się nie odnalazła. 
Wesele Józkowej córki było huczne i bardzo udane. Młodzi ze względu na nieco mniejsze wiano zamieszkali w nieco skromniejszej chałupie. 
Ludzie, przez wiele miesięcy gadali, że wędrując w okolicy rozstoju pod Łamaną Skałą można było spotkać krowę, lecz tak płochliwą, że nie sposób było do niej podejść. Od tego czasu do tego miejsca przylgnęła nazwa Rozstaje Anuli. 



Po zapoznaniu się z notką historyczną, idziemy dalej żółto-czerwonym szlakiem.  Na szczycie Madahora (910 m n.p.m.) stajemy już po kilku minutach. Dalej chcemy odbić ze szlaku, aby wejść na Łamaną Skałę (929 m n.p.m.). Zakopani po kolana w śniegu szybko rezygnujemy z tego pomysłu. 




Podczas dalszej wędrówki  często  nachodzimy na drzewa powalone od ciężaru śniegu. To jedyne utrudnienie na tej trasie. Oczywiście trzeba uważać przechodząc pod drzewami. Co jakiś czas nadmiar śniegu opada na ścieżkę. Chyba nie trzeba opisywać uczucia, kiedy śnieg dostanie się za kołnierz:)



Idąc dalej mijamy górną stacje kolejki, która ku naszemu zdziwieniu jest nieczynna. Jesteśmy w połowie naszej trasy i na horyzoncie widzimy już Chatę na Potrójnej. Tam chcemy zatrzymać się na posiłek. Przed nami jeszcze Przełęcz na Przykrej, gdzie żółty szlak odbija w lewo na Chatkę pod Potrójną. Idziemy prosto na Przełęcz Zakocierską, gdzie oba szlaki znów się łącza. Tutaj pierwszy raz w tym dniu mijamy turystów na swojej drodze.



Chwilę później wchodzimy na szerszą ścieżkę, gdzie widoczne są liczne ślady nart. Ostatnie podejście i docieramy do pierwszych drewnianych zabudowań. Nasz cel znajduje się po prawej stronie tuż przy szlaku. Ściągamy raczki i o pustych żołądkach wchodzimy rozgrzać się do chatki. Karmimy swoje brzuszki, chwilkę odpoczywamy i wyruszamy na ostatni odcinek naszej wędrówki.




Przed zejściem ‚’’szczytujemy” na Potrójnej (887 m n.p.m.) skąd rozpościera się panorama na okoliczne szczyty. Pogoda i widoczność dopisały, jednak nie na tyle, aby zobaczyć Tatry. Ze wszystkich bliższych szczytów pod czapą chmury znajduje tylko humorzasta Babia Góra. Znajdujemy czarne oznaczenia i nie rozstajemy się już z nimi do samego parkingu. Chwilkę zakopujemy się w śniegu, ale szybko dochodzimy do prywatnej posesji. Stąd droga przetarta jest przez samochód. Pod cienką warstwą śniegu jest sam lód. Mimo założonych raczków decydujemy się na krótki powrót do dzieciństwa. Do zabawy wchodzą dupozloty. W ten sposób dojeżdżamy do kapliczki przy której stajemy na nogi i odbijamy w prawo. Idziemy ok 15 minut, kiedy orientuję się, że nie mam zapasowych rękawiczek. Odtwarzam zdjęcia w aparacie i znajduje zguby! Wypadły przy wyżej opisywanej posesji. M. powoli schodzi na dół z moimi rzeczami. Ja decyduję się na górskie bieganie w poszukiwaniu zguby. Następnym razem porządniej zapakuje swoje rzeczy.






Rękawiczek oczywiście nie znajduję, a znalazcę pozdrawiam i życzę ciepłych dłoni w moich obsmarkanych rękawiczkach!  No nic przynajmniej trening zaliczony, a po drodze okazuje się, ze nie tylko ja coś zgubiłam. Zbieram po drodze rękawiczki M. i biegusiem wracam chociaż z jedną parą. Do parkingu dolatuję chwilę po M., więc całkiem dobry czas. Tak kończymy naszą niedzielną wędrówkę. Będąc w okolicy Bielska odwiedzamy rodzinkę, która częstuje nas gorącym rosołem. Idealne zakończenia dnia!  No może poza powrotem do domu, który wydłuża się do niecałych 3 godzin.


Copyright © 2014 Maciek i Natalia w podróży , Blogger