Barania Góra z Wisła Czarne

Barania Góra z Wisła Czarne


Już po raz trzeci postanawiamy zmierzyć się ze szczytem Baraniej Góry. Za każdym razem robimy to z innej strony, tym razem wybór padł na Wisła- Czarne. Do Wisły dojeżdżamy pociągiem z Katowic, a następnie 5- kilometrów do Wisła- Czarne pokonujemy na pieszo. Szkoda, że nie zadbano o komunikację w tej popularnej, turystycznej miejscowości. Ciepła, a wręcz upalna pogoda nie zachęca do wędrowania po asfalcie, no ale taki szlak wybraliśmy, więc trzeba wędrować!
Po drodze mijamy urokliwy wodospad na Wiśle, a już na rozwidleniu szlaków odpoczywamy nad Jeziorem Czerniańskim. Powstał on w latach 70. XX w. w celach retencyjnych dla rzek: Biała i Czarna Wisełka.  
Jezioro Czerniańskie


To tutaj swój początek ma szlak niebieski, który ma nas zaprowadzić wprost na szczyt Baraniej Góry. Wiedzie on aż do kopuły szczytowej cały czas przez las.  Jakby nam było mało asfaltu w mieście, to dalej nim podążamy, z tą tylko różnicą, że teraz pięknie szumi koło nas potok- Biała Wisełka. Po drodze mijamy bardzo ciekawe formacje skalne, po których widać warstwowość ułożenia poszczególnych płyt skalnych.




Im bliżej szczytu tym ścieżka staje się coraz to bardziej wąska i zakosami kieruje nas na najwyższy punkt dzisiejszej wycieczki, czyli na wysokość 1220 m n.p.m.
 Niestety upalna pogoda sprawia, że widoki nie zachwycają. Po wdrapaniu się na 15- metrową wieżę, która stoi na szczycie, na horyzoncie możemy tylko i jedynie zauważyć kontury Babiej Góry i Pilska oraz pobliskich szczytów, m.in. Skrzycznego. Nie chcemy tutaj dłużej zostawać, a na przerwę śniadaniową mamy zamiar zejść do schroniska pod Baranią Górą.

Widok z Baraniej Góry na Babią Górę



Ze szczytu prowadzą do niego aż 3 szlaki- niebieski, czerwony i zielony. Budynek schroniska znajduje się na polanie Przysłop i w niczym nie przypomina pięknej, górskiej chatki. Mamy wrażenie, że raczej przenieśliśmy się na blokowisko w jednym ze śląskich miast. Stare schronisko, które wzniesiono w tym miejscu w latach 20. XX w. z pewnością lepiej by pasowało do tutejszego krajobrazu. Niestety, aktualnie stoi ono w centrum Wisły i służy jako siedziba lokalnego oddziału PTTK. Obecny budynek schroniska to dzieło PRL-owskiej władzy, który wymyśliła aby postawić obiekt, który będzie mógł pomieścić bardzo dużą liczbę gości. Obecni właściciele bardzo się starają, aby schronisko zyskało swój własny blask i coraz lepiej im to wychodzi. Korzystamy z jego otwartych drzwi i z chęcią uzupełniamy kalorie w jego wnętrzach.
Najedzeni ruszamy w dalszą drogę. Obieramy najpierw szlak czerwony, a następnie czarny, który prowadzi nas do Wisły- Czarne. Tuż przed zejściem do stóp Jeziora Czerniańskiego naszym oczom ukazuje się Pałacyk Prezydencki. Budynek powstał w latach 1927-1930 w miejscu dawnej chaty myśliwskiej Habsburgów. Był darem Śląska dla Prezydenta RP. Do dzisiaj służy jako jego rezydencja. Gdy głowa państwa nie przebywa w Pałacu jest on udostępniony zwiedzającym. Też musimy się kiedyś wybrać i zobaczyć jak wyglądają “salony” pary prezydenckiej.

Pałac Prezydencki w Wisła Czarne


 Dochodząc do Wisły Czarne nie kończymy jeszcze wycieczki. Musimy się ponownie dostać do centrum by stamtąd wrócić pociągiem do Katowic. Z górki idzie się dość przyjemnie i ze sporym zapasem czasu meldujemy się na stacji PKP.



Raci Udoli- w Dolinie Raków!:)

Raci Udoli- w Dolinie Raków!:)

Krótka, ale pełna wrażeń- tak można opisać naszą ostatnią wycieczkę w Góry Rychlebskie. Do Javornika, do którego mamy zaledwie 30 kilometrów wyjeżdżamy w niedzielne przedpołudnie. Za oknem co chwilę pada deszcz i wieje silny wiatr, ale my się tym wcale nie zamartwiamy i ruszamy na zwiedzanie kolejnych miejsc.

Certove Kazatelny


Samochód parkujemy na parkingu, który jest zlokalizowany na rynku w Javorniku. Centralny plac miasta przeszedł w ostatnich latach remont i dodaje uroku całemu miasteczku. Naszym oczom od razu ukazuje się czerwone znaki szlakowskazu, które zaprowadzą nas aż do ruin zamku Rychleby. Nim do niego dotrzemy najpierw meldujemy się u stóp największej atrakcji Javornika, którą widać już z daleka, kiedy do niego zmierzamy, czyli Janskiego Zamku. Historia tego miejsca wskazuje, że zamek na wzgórzu stał już w XIV w., jednak był wielokrotnie przebudowywany. Obecny wygląd zawdzięcza rodzie Schaffgotschów (tych samych, którzy byli właścicielami włości w Kopicach), z którego pochodził jeden z biskupów wrocławskich, który w końcówce XVIII w. zamieszkał w Javorniku. Zamek od tamtej pory stał się rezydencją letnią dla biskupów i arcybiskupów wrocławskich. Taki stan rzeczy utrzymywał się do 1945 r., gdy zmianie uległy granice państwa, a zamek przeszedł w ręce państwa czechosłowackiego. Obiekt możemy oglądać dzisiaj tylko z zewnątrz, gdyż jest zamknięty od listopada do kwietnia. Jednak, gdy czytamy pochlebne opinie na temat ekspozycji jakie można w nim zobaczyć, z pewnością wrócimy tutaj by zwiedzić jego wnętrza. Okrążamy zamek dookoła, przysiadamy na ławce, na której godzinami przesiadywał sam Eichendorff. Ciekawe ile jego tekstów powstało w tym miejscu?

Zamek Jansky Vrch

Ławeczka Eichendorffa


Ruszamy dalej. Czerwony szlak początkowo wiedzie przez przy zamkowy park, by następnie przepiękną aleją prowadzić nas w kierunku wzgórza zamkowego. W pewnym momencie wychodzimy na asfaltową ścieżkę, by zaraz z niej odbić w lewo na dukt leśny. Na tym skrzyżowaniu zatrzymujemy się na chwilę przy kaplicy św. Antoniego. Tutaj trochę się zagapiliśmy. Zaczął padać deszcz i z lenistwa nie chciało nam się wyciągać mapy, dlatego poszliśmy dalej zielonym szlakiem. Po jakiś 10 minutach nie pasowała nam jednak orientacja w terenie i wtedy wiedzieliśmy, że zupełnie nie idziemy w dobrym kierunku. Wracamy do rozwidlenia szlaków i jednak obieramy czerwony szlak. Znów wchodzimy na asfalt, który zaraz zamienia się w kamienną ścieżkę. W takiej scenerii dochodzimy do ruin zamku Rychleby.

Zamek Rychleby

Raci Udoli- widok z zamku Rychleby

Górujący nad Raczą Doliną zamek musiał być przepiękną budowlą. Wzniesiony w XIV w. służył jako element obronny Solnego szlaku prowadzącego z Wrocławia na Morawy. Opuszczony w XV stuleciu, stał się miejscem zamieszkania dla okolicznych rozbójników, przez których zamek szybko popadł w ruinę. Dla chcących pobyć w tym miejscu dłuższą chwilę przygotowano miejsce na ognisko, więc można je rozpalić i poczuć się jak mieszkańcy tego miejsca kilkaset lat temu.

Na zamku Rychleby


Wracamy kawałek czerwonym szlakiem by znaleźć się na Certovyvh Kazatelnych. Są to wyrobiska skalne, które wznoszą się na wysokości 456 m n.p.m. nad Raczą Doliną. Na jednym z nich utworzony jest punkt widokowy, który przypomina ambonę znaną z kościołów (Kazatelny po polsku to ambona;)).

Widok z Certovych Kameni na Raci Udoli


Teraz czeka nas strome zejście do Raczej Doliny. Po 500 metrach meldujemy się pod budynkiem tancernii, który wygląda naprawdę imponujący. Został wzniesiony w 1906 r. na życzenie biskupa wrocławskiego, Georga Koppa, który rezydował w Javorniku. Ten sam biskup zasponsorował schronisko na Seraku w Jesenikach. Budynek został zbudowany w stylu secesyjnym na wzór alpejskich, które były wznoszone w Szwajcarii. Obiekt służył jako miejsce zabaw dla okolicznej ludności. Dzisiaj jest tutaj restauracja oraz Punkt Informacji Turystycznej.

Tancirna

Tancirna

Tancirna

Dalej kierujemy swoje kroki w kierunku Javornika. Po drodze mijamy ośrodek campingowy, w którym wiele ciekawych figur drewnianych, wśród których rządzą głównie raki:) Tutaj również znajduje się tablica z nazwą miejscowości "Konec Sveta", przy której oczywiście musieliśmy zrobić sobie małą sesję zdjęciową:) N. nie przechodzi obojętnie obok owieczek, wśród których rządziła... świnia! Idąc dalej na wprost przemierzamy wzdłuż pastwisk, na których pasą się niezliczone rzesze krów. Czesi słyną z hodowli bydła, co widać w tym kraju na każdym kroku. Spacer asfaltem wśród kolejnych kropli deszczu nie jest niczym miłym, ale gdy widzimy rosnące przy drodze przebiśniegi to wiemy, że wiosna już przybyła. Od razu humor nam się poprawia i po 13 km wędrówki znów jesteśmy na rynku w Javorniku.


Pomysł na ucieczkę przed smogiem? Klimczok i Szyndzielnia!

Pomysł na ucieczkę przed smogiem? Klimczok i Szyndzielnia!


Nad Katowicami rozciąga się smog, więc decyzja była łatwa, pakujemy się do porannego pociągu do Bielska-Białej i lądujemy w Beskidzie Śląskim. Niestety smog również dotknął miejscowości podgórskie i to chyba w większym stopniu niż te w metropolii śląskiej. Liczymy, jednak, że im wyżej tym będzie troszkę lepiej…
Z dworca PKP w Bielsku dostajemy się autobusem miejskim pod kolejkę linową na Szyndzielnię. Na miejscu wybieramy niebieski szlak i wędrujemy powoli do góry. Szlak jest dość dobrze przetarty, wejście nie sprawia żadnych problemów, a z ciągłym nabieraniem wysokości powietrze staje się coraz bardziej przejrzyste.
Po około godzinie jesteśmy już w okolicach górnej stacji kolejki na Szyndzielnię. Tutaj znajduje się również nowa wieża widokowa, niestety jest zamknięta (wieżę oddano do użytku w sierpniu 2015 r.). Do schroniska PTTK pozostaje nam już tylko podejście wzdłuż, niestety nieczynnego wyciągu orczykowego. Na szczycie mimo soboty i ładnej pogody nie ma tłumów. Na nas czekają wspaniałe widoki na Beskid Mały i Tatry oraz niestety spoglądanie na smog, który "wisi" nad całym Podbeskidziem. Warto przy tym zaznaczyć, że schronisko PTTK na Szyndzielni jest najstarszym schroniskiem w Beskidzie Śląskim. Stoi ono w tym miejscu od 1897 r.!

Schronisko PTTK na Szyndzielni

Dalej wybieramy oznakowanie żółte i kierujemy się w stronę Klimczoka. Po drodze zaliczamy właściwy szczyt Szyndzielni i podążamy po wspaniałym szlaku ku kolejnemu celu. Po kilkudziesięciu minutach meldujemy się tuż obok masztu antenowego na Klimczoku. Pogoda jest wspaniała, więc dopisują nam również widoki. Możemy podziwiać Babią Górę, Pilsko, a pomiędzy nimi wspaniały widok na tatrzańskie szczyty. Z prawej strony na wyciągnięcie ręki piętrzy się Skrzyczne. W przeciwieństwie do Szyndzielni tutaj jest uruchomiony wyciąg orczykowy, z którego korzysta całkiem sporo osób. Na szczycie jest dość ciepło, więc zatrzymujemy się tutaj na dłużej aby podziwiać wspaniałe widoki.

Na szczycie Klimczoka

Następnie swoje kroki kierujemy w kierunku schroniska PTTK Klimczok, które znajduje się na zboczach... Magury. Stąd ruszamy żółtym szlakiem po grzbiecie tego szczytu. Stąd niestety widać smog, który pokrywa całe województwo śląskie. Niestety pojawił się on również w dolinach podgórskich.
Następnie skręcamy w szlak czerwony, którym kierujemy się w stronę Bystrej. Po drodze mijamy szczyt Lanckorona, na którym stoi dość ciekawy ołtarz, z głową Chrystusa wyrytą w drzewie. Po zejściu do Bystrej pozostaje nam przedostanie się do Wilkowic na stację PKP, skąd pociągiem wracamy do Katowic.

Powrót do smoguuuuu..... czyli do Bystrej


Karta EURO 26 to nie tylko ubezpieczenie!

Karta EURO 26 to nie tylko ubezpieczenie!

Artykuł zawiera materiały partnera.


Góry to przygoda, ekscytacja, piękne widoki, ale wybierając się w nie musimy pamiętać również o bardziej “przyziemnych” sprawach. Kilka ładnych lat temu pojechaliśmy na Słowację, by przemierzać tatrzańskie szlaki zlokalizowane właśnie w tym kraju. Niestety, mało doświadczeni zapomnieliśmy o bardzo ważnej sprawie- wykupieniu dodatkowego ubezpieczenia, które pokryłoby ewentualne koszty akcji ratunkowej w górach. Jak dobrze wiecie, na Słowacji tego typu działania kosztują kilkadziesiąt tysięcy euro, dlatego warto się dodatkowo zabezpieczyć.

Rysunek 1 Jak widać karta Euro 26 przydaje się nawet na Końcu Świata!:)
Zaczęliśmy sobie zadawać pytanie “ryzykujemy, czy nie”? Zdecydowaliśmy, żeby poszukać najpierw wi-fi, a potem znaleźć ubezpieczenie, które bez problemu można kupić przez Internet. Właśnie w ten sposób znaleźliśmy kartę EURO26. Wypełnienie wniosku o ubezpieczenie nie trwało więcej niż 5 minut, a certyfikat potwierdzający polisę przyszedł na nasze maile już po kilku minutach. Wybraliśmy najdroższą opcję z możliwych, która obejmuje również ryzyko związane z uprawianiem sportów ekstremalnych, do których można zaliczyć wspinaczkę wysokogórską poza szlakiem, a jak wiecie na Słowacji pokus by wejść na jakąś górę, na którą nie prowadzi żaden szlak jest sporo. Za nieco ponad 150 zł dostaliśmy ochronę na cały rok, co było bardzo atrakcyjną ceną, jak na kieszeń dwóch studentów. Oprócz kosztów akcji ratunkowej, polisa EURO26 pokrywała również koszty leczenia, a także transport do kraju. Mało? Byliście kiedyś w sytuacji, gdy zdarzył Wam się wypadek za granicą, a Wy nie wiedzieliście, jakie działania począć? Posiadając kartę EURO26 w takim przypadku wykonujecie telefon do całodobowej Centrali Alarmowej, w której otrzymacie wszelkie niezbędne informacje, jak się zachować w kryzysowej sytuacji.
Jak widać karta Euro 26 przydaje się nawet na Końcu Świata:) 

 Karta EURO26 to nie tylko ubezpieczenie! Jeśli jesteś typem podróżomaniaka i nie możesz obojętnie przejść obok kolejnej promocji oferowanej przez linie lotnicze, czy przewoźników kolejowych oraz autobusowych, a każdy wolny weekend spędzasz w nowym, ciekawym miejscu to z EURO26 otrzymasz mnóstwo zniżek na noclegi, wstępy do muzeów, centrów rozrywki, czy najsłynniejszych zabytków Europy. Kto by nie chciał odwiedzić Disneyland, wejść na stadion Camp Nou, czy wziąć udział w koncercie w Salzburgu? Z kartą EURO26 ze wszystkich tych atrakcji i jeszcze wielu, wielu innych można skorzystać z dużym rabatem! Uwierzcie, że dla młodych, którzy preferują niskobudżetowe wyjazdy takie zniżki są naprawdę na wagę złota! Ewentualnie na wagę powrotnego biletu do domu:)
Jeśli masz poniżej 30 roku życia i szukasz ubezpieczenia, które zapewni Twoje bezpieczeństwo w całej Europie, nie wahaj się i zamów kartę EURO26 już dzisiaj! Możesz tego dokonać pod tym linkiem.

P.S. Jednocześnie zachęcamy wszystkich początkujących blogerów, którzy nas właśnie czytają do wzięcia udziału w konkursie organizowanym przez EURO26. Do wygrania jest 7- dniowy wyjazd do Portugalii! Wystarczy, że w kilku słowach opowiesz o tym, dlaczego blogujesz i podasz powód, dlaczego to właśnie Ty miałbyś pojechać zwiedzać Portugalię! Kliknij tutaj i zgłoś się już dziś!






Majówka na Skrzycznem z Buczkowic

Majówka na Skrzycznem z Buczkowic


Tak nam się życie ułożyło, że kiedy wszyscy dookoła cieszą się z wolnego, długiego weekendu, my akurat lądujemy w pracy. Pewnego roku wygospodarowaliśmy jeden dzień wolnego na majowkę, i co z tego, że pogoda nie zachęcała do wyjścia w góry, jak nas do nich tak bardzo w nie ciągnęło?
            Pada na szybki wyjazd w Beskid Śląski. Pakujemy się do pociągu, który zawiezie nas do Bielska- Białej, z której to przedostajemy się autobusem do Buczkowic. Właśnie z tej miejscowości planujemy zaatakować najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego- Skrzyczne (1267 m n.p.m.). Szukamy czerwonych znaków szlaku. Dla innych mała podpowiedź- szukajcie kościoła, obok którego z pewnością dojrzycie szlakowskazy, których właśnie szukacie. Z pod wspomnianego kościoła szlak wiedzie do góry po asfaltowej drodze, która następnie przekształca się w ubitą szeroką ścieżkę. Jest dość stromo, więc szybko można się rozgrzać:)
Nasz pierwszy cel to przełęcz Siodło pod Skalitem (746 m n.p.m.). Trasa, która na nią prowadzi raczej nie jest zbyt często uczęszczana przez turystów. Zarośnięta trawą, podąża przez leśne zarośle. Nie ukrywamy, że nam ten brak turystów jakkolwiek miałby przeszkadzać:) Z przełęczy rozpościera się wspaniała panorama na Beskid Mały, Babią Górę oraz Jezioro Żywieckie.

Widok z pod przełęczy pod Skalitem na szczyty Beskidu Małego

Podążając dalej za czerwonymi znakami dochodzimy do wypiętrzenia skalnego. N. nie byłaby sobą, gdyby nie powłaziła na kolejne skałki i nie powygłupiała się trochę;) Burzowa pogoda sprawia, że robi się bardzo duszno, a opadająca mgła doprowadza do wysokiej wilgotności. Dochodząc do Becyrku zmieniamy kolor szlaku na zielony i kilkukrotnie przecinając stok narciarski dochodzimy nim na szczyt Skrzycznego. Po drodze mijamy parę Rosjan, którzy na szczyt wspinają się na…. bosaka. Podobno ma to walory zdrowotne. No nie wiemy, czy kiedykolwiek zdecydujemy się na takie szaleństwa.
Kamienne wyniosłości w drodze na Beceryk

Z góry niestety widoki niezbyt sprzyjające. Mgła robi swoje i jedynie możemy popatrzeć na siebie:) Odpoczywamy chwilę w schronisku, podbijamy książeczki, robimy pamiątkowe zdjęcia i ścieżką biegnącą pod wyciągiem krzesełkowym schodzimy do Szczyrku.

Na szczycie Skrzycznego

Tutaj prawdziwe szaleństwo. Widać, że trwa długi weekend, bo ludzi jest naprawdę dużo. Na szczęście pogoda ich wystraszyła i w góry nie wyszli, dzięki temu mieliśmy chwilę spokoju. W oczekiwaniu na bus do Bielska Białej spacerujemy jeszcze po Szczyrku, przyglądając się życiu tej turystycznej miejscowości.

Zima w Tatrach dla początkujących- Grześ, Rakoń, Wołowiec

Zima w Tatrach dla początkujących- Grześ, Rakoń, Wołowiec

          
Na szczycie Wołowca


        Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dlaczego tak zaczynam pisać o trzecim dniu naszego zimowego urlopiku? Bo kolejny raz zaspaliśmy;D Wstajemy o godzinie, w której mieliśmy wyjechać ze Szczawnicy. Wszystko przez to, że M. źle nastawił swój budzik. Ja tam zła nie byłam, bo mogłam spokojnie spać o godzinę dłużej. Ale M. nie był zadowolony z takiego początku dnia. Bez słowa pakujemy szybko nasze rzeczy i czekamy aż woda do termosów się w końcu zagotuje (czajnik w pokoju był pół litrowy). Trwało to chyba wieczność. Wsiadamy do samochodu i wybieramy jedyny słuszny kierunek --> Tatry!! 

Cel: Wołowiec przez Grzesia i Rakoń

      Najlepsze zostawiliśmy sobie na koniec i słusznie, bo pogoda zapowiadała się prawie idealna. Wraz z powoli wschodzącym słońcem dojeżdżaliśmy do Siwej Polany od strony Chochołowa, gdzie zaparkowaliśmy.  Wysiadamy z auta ubieramy raczki a nasze ciała prawie zamarzły. Podskoki, pajacyki i  trucht dają oczekiwane efekty dość szybko. Jednak dystalna cześć kończyn górnych dalej pozostaje skostniala. Dookoła piękne widoki wschodzącego słońca na pobliskie szczyty, a w głowie jedna myśl: dziewczyno chyba cię mocno pogięło jeśli myślisz o zrobieniu zdjęć. Pogięło mnie, ale odważyłam się tylko na jedno ujęcie :D Musi wystarczyć, teraz czas na dalsza walkę w głowie i wmawianie sobie że wcale nie jest zimno. Nawet M. stwierdził, ze to dzisiejsze opóźnienie na dobre nam wyszło, bo wcześniej byśmy chyba zamarzli. Swoją drogą może ktoś poleci dobre rękawiczki :D 

Poranek na Polanie Chochołowskiej

       Uff..mija godzina, do schroniska już niedaleko a nasze organizmy przyzwyczajają się do panującego chłodu. Widzimy pierwszych turystów na swoim dzisiejszym szlaku, którzy pewnie wyruszają ze schroniska. Dodaje nam to otuchy i odwagi. To nasz drugi raz w wyższych górach zimą, wiec bierzemy pod uwagę odwrót na szlaku jeśli nie damy rady. Warunki pogodowe są idealne, wchodzimy do schroniska na szybkie pierwsze śniadanie i w górę.

     Jest  niewiele po godzinie 8, a w  środku turyści dopiero budzą się do życia. Nawet woda w bemarze jeszcze niezagotowana. Opłacało się rano czekać na zaparzenie herbaty w termosach. Podekscytowani wyprawą wyruszamy na szlak. Ścieżka początkowo prowadząca przez las jest dobrze wydeptana, przez co idzie się bardzo przyjemnie. W mgnieniu oka dochodzimy na Grzesia. Okazuje się, ze nasz wierny kolega wiatr postanowił nam towarzyszyć również ostatniego dnia urlopu. Nie mamy wątpliwości co dalej. Kierujemy się w stronę Wołowca, najwyżej zawrócimy u jego podnóża. Z daleka widać jak wiatr szaleje na jego szczycie rozdmuchując sypki śnieg, który spadł poprzedniej nocy. Na samej górze może być ciężko, ale dopóki twardo kroczymy po grani, chwytamy każda chwilę na podziwianie widoków. Po naszej prawej stronie pięknie prezentuje się Babia Góra. Po lewej zaś całe Tatry Zachodnie.

Na szczycie Grzesia

Przez cały czas towarzyszą nam piękne, górskie krajobrazy


       Na swojej drodze mijamy turystów po uszy wyposażonych w sprzęt najwyższej klasy. Dyszą i sapią a górskie pozdrowienia puszczają bokiem. Przez chwile pomyślałam, że aż wstyd atakować zima szczyty w moich raczkach i pożyczonych od taty starych kijkach. Po kilkunastu minionych turystach, wizualnie podobnych do wyżej opisanych, nabieram pewności siebie. W końcu liczy się nie sprzęt a kondycja i rozsądek. Krok w krok idę za M. dorównując mu tempa, mimo iż wiatr jak zawsze wieje prosto w twarz. Stajemy na Przełęczy pod Wołowiec, skąd sam Wołowiec nie wyglądał zachęcająco ze względu na porywisty wiatr. Widzimy kilkoro górołazów na szczycie, spokojnie schodzących w dół. Wystarczyła tylko jedna wymiana wzrokowa i jednogłośnie a nawet bezgłośnie podejmujemy "atak szczytowy" :D 

Z Przełęczy pod Wołowcem na szczyt już niedaleko


     Mieliście kiedyś tak, że cały czas idziecie do przodu, ale podmuch wiatru sprawia wrażenie stania w miejscu?? To uczucie dopada nas na samym początku. Chyba zawrócimy. Tak to byłoby rozsądne. idzie się całkiem dobrze ale na górze głowy urywa. M. zatrzymuje się, czeka na mnie i chyba myśli podobnie.  Coś do mnie mówi: wiatr.. pójdziemy.. przeczekamy..  Przez ten hałas nie rozumiem co do mnie krzyczy. Nie możemy stać za długo w jednym miejscu, trzeba podjąć jakąś decyzję. Wydawało mi się, że M. chce iść na szczyt. Więc myślę sobie wariat, no ale dobra idę (wcale tak nie myślał). Momentami było nieprzyjemnie, nogi zapadały się w nasypanym śniegu. Ale większość drogi podchodziło się bardzo dobrze, a raczki idealnie trzymały się śnieżnej powierzchni. Po wejściu na szczyt pogoda na chwilę się uspokaja. Szczęśliwi i zadowoleni z podejścia robimy szybkie selfie. Mnie ponosi radość i musiałam, uwierzcie! musiałam zrobić samolot na wierzchołku przysypanego znaku. Bo jak szaleć, to kiedy jak nie w takich miejscach.

Wołowiec

"Samolot" na szczycie Wołowca!

       Koniec tego dobrego. Czeka nas jeszcze bezpieczne zejście tym samym szlakiem do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Już na spokojnie pytam M. skąd ta decyzja o wejściu na szczyt w taki wiatr. Okazało się, że chciał zawrócić i nawet podobno tak powiedział. Zdziwił się jednak, że ja zamiast zawrócić zaczęłam podchodzić do góry. Haha no jak widzicie nie zawsze rozumiemy się bez słów, a i z nimi też bywa ciężko. Tym razem wyszło nam to na naszą korzyść. Zdecydowanie musimy popracować nad naszą komunikacją w związku i na szlaku :D

 Rohacze prezentowały się naprawdę przepięknie

             Na zejściu mijamy turystów, których wcześniej spotkaliśmy. Kolejny raz bez słowa. No trudno, czasy się chyba zmieniają. Zawsze kojarzyłam góry, a szczególnie Tatry z taką otwartością innych górołazów. Pewnie jeszcze tacy są, ale niestety spotykamy ich coraz rzadziej. Góry stają się coraz bardziej dostępne. To dobrze, jednak powinniśmy odróżniać wybiegi mody od szlaków pod gołym niebem. Pamiętajmy przy tym o tradycji i zwyczajach jakie tam panują. Droga powrotna mija nam błyskawicznie ,a ja ciągle nie mogę zrozumieć pewnych zachowań w górach.  

Mana jak zawsze dzielnie towarzyszy nam na szlaku:) 

W schronisku na Polanie Chochołowskiej też może być pięknie!:)


            Schronisko w Dolinie Chochołowskiej jest przepełnione turystami. Jak zawsze w biegu wcinamy swoje wcześniej przygotowane posiłki. Podbijamy pieczątkę w naszym notesie i uciekamy, dosłownie uciekamy z tego miejsca. Za swoimi plecami pozostawiamy górskie szczyty Tatr.... z nadzieją, że gdy wrócimy tu następnym razem, znowu zauroczą nas swoim pięknem.

Bozi Hora- górująca nad Zulovą

Bozi Hora- górująca nad Zulovą

Dzisiaj chcemy Was zabrać na niezbyt wysoki szczyt położonego w czeskiej części Przedgórza Paczkowskiego- Bozi Horę. Ten wznoszący się na wysokość 525 m n.p.m. szczyt góruje nad Żulovą, miejscowością położoną zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy z Polską. 

Kościół św. Józefa w Zulovej
Może nowy plecak na górskie wyprawy? Kliknij i sprawdź najlepsze oferty! Klikając w ten link i rezerwując nocleg, wspierasz jednocześnie naszego bloga! Dzięki!

Wycieczkę na tą niewysoką górę można rozpocząć na rynku Zulovej. Znajduje się tutaj spory parking, gdzie spokojnie zaparkujecie swój samochód. W mieście warto odwiedzić kościół św. Józefa, który stoi w miejscu, gdzie znajdował się zamek Frydberk. Po zamku pozostała jedynie wieża obronna, która jest teraz wieżą kościoła;) Od kościoła przechodzimy przez most i wędrujemy w stronę szczytu Bozi Hora. Po drodze mijamy stacje drogi krzyżowej, które od samego miasta prowadzą aż do kościoła na szczycie. Po pół godzinie stajemy obok kościoła  Matki Bożej Bolesnej. Historia kultu maryjnego w tym miejscu sięga XIII w. gdy powieszono tutaj pierwszy obraz Maryi. Następnie 500 lat później postawiono w tym miejscu drewnianą kaplicę, która na rozkaz cesarza niemieckiego została rozebrana. Pod koniec XIX w. została zbudowana z miejscowego granitu zbudowana tutaj budowla, którą można podziwiać do dnia dzisiejszego, piękny kamienny kościół. 

Na szczycie Bozi Hora

Poza kościołem ze szczytu można podziwiać wspaniałą panoramę na Przedgórze Paczkowskie oraz na Góry Złote. 



Jak dojechać do Zulovej? Miasteczko leży kilkanaście kilometrów od granicy z Polską. Najłatwiej tutaj dojechać przekraczając granicę w Paczkowie lub w Kałkowie i kierować się w stronę Jesenika. 

Najpiękniejsza hala w Gorcach....

Najpiękniejsza hala w Gorcach....

Szukasz miejsca, z którego będziesz mógł podziwiać fantastyczną panoramę w Gorcach? Jednym z piękniejszych miejsc jest Hala Długa. Znajduje się ona na Wschód od schroniska PTTK pod Turbaczem. Hala znajduje się na wysokości ok. 1200 m n.p.m.




Hala kryje w sobie wiele historii. Tutaj toczyły się walki partyzantów z armią niemiecką w trakcie II wojny światowej. Jednym z elementów upamiętniających te wydarzenia na Hali jest krzyż. Został on umieszczony w miejscu, w którym, w 1943 r. została przez Niemców zabita młoda dziewczyna, która próbowała ostrzec partyzantów.


Jakie widoki oferuje hala? Oprócz najbliższych szczytów, takich jak Turbacz, Jaworzyna Kamieniecka, czy Kiczora, można oglądać panoramę na Beskid Wyspowy, Beskid Sądecki, Pieniny, a przy dobrej pogodzie również na Tatry.



Przez Halę Długą przebiega Główny Szlak Beskidzki na odcinku z Turbacza na Kiczorę.  
Małe Pieniny- spacer głównym grzbietem

Małe Pieniny- spacer głównym grzbietem


Pobudka godzina 7 rano… za oknem ulewa… Idziemy dalej spać…. Pobudka 8 rano…. za oknem
śnieżyca…. Idziemy dalej spać…. pobudka 9 rano…. za oknem piękny zimowy krajobraz! No w
końcu możemy wstawać!

Start: Jaworki
Cel: Durbaszka, Wysoki Wierch
Odległość: 15,4 km
Link do śladu GPS: https://www.traseo.pl/trasa/glownym-grzbietem-malych-pienin

W planach mamy przejście głównego grzbietu Małych Pienin, który poprowadzi nas od Jaworek do
samego podnóża Sokolicy w Pieninach Właściwych. Jakoś w głowie zakodowało mi się, że bus do
Jaworek odjeżdża o 10.30, dlatego nastawiamy się by nim dojechać do tej uroczej wioski położonej na
granicy Pienin 8 Beskidu Sądeckiego. Docieramy na przystanek, a tak niespodzianka- bus odjeżdża
dopiero o 10.55. N. z nudów wyciąga mapę i spogląda na trasę dzisiejszej wycieczki. W gęstwinie
szlaków zauważa, że na Durbaszkę (942 m n.p.m.)- nasz pierwszy dzisiejszy cel prowadzi
bezskładkową droga dojazdowa. Cieszymy się z tego faktu, bo nie musimy dreptać przez Wysoką,
a że nasypało trochę śniegu to mogło by to być trochę męczące.




Docieramy do parkingu przy Wąwozie Homole i stamtąd w 45 minut docieramy do Schroniska pod
Durbaszką. W międzyczasie podziwiamy formy skalne, jakie otaczają naszą ścieżkę. Poza tym
otwiera się wspaniała panorama na Jaworki i Szlachtową ze Szczawnicą. Do schroniska droga jest
ubita, idzie się bardzo dobrze. Dopiero potem zaczynają się „schody”. Mocny wiatr plus świeży opad
śniegu oznacza trudności w znalezieniu właściwej ścieżki. Pełzniemy powoli, niejednokrotnie
zapadając się po kolana w zaspach śniegowych. Po kilkunastu minutach, które ciągnęły się nam
bardzoooo długoooo w końcu docieramy do szlaku niebieskiego.



Sytuacja tutaj jest trochę lepsza. Mniej więcej jest zaznaczona ścieżka, którą wiedzie szlak, lecz wiatr
nam przez cały czas skwapliwie dokucza. Powoli dochodzimy do rozwidlenia szlaków. W lewo odbicie
wiedzie na Wysoki Wierch (898 m n.p.m.). Nie sprawdzając na mapę prowadzę N. jego kierunku.
Widać, że nikt tędy jeszcze nikt nie szedł… Idziemy po świeżym śniegu i docieramy na szczyt po 10
minutach. Było warto! Panorama jaka się z niego rozciąga jest wspaniała i to pomimo złych warunków
atmosferycznych na jakie natrafiliśmy. Jak na dłoni widać Durbaszkę, pasmo Radziejowem, Przehybę,
a także Śpisz i Pieniny Właściwe z górującymi Trzema Koronami. Do pełni szczęścia brakuje nam
tylko panoramy Tatrzańskiej. Tym razem spoglądamy na mapę. Gdybyśmy poszli wzdłuż granicy to
przez szczyt Rabsztyna doszlibyśmy do żółtego szlaku do Szlachtowej… Jednak z uwagi na ciężkie
warunki rezygnujemy z tego pomysłu i jak się później okazuje była to bardzo dobra decyzja, bo
Rabsztyn od strony północnej ma bardzo strome zbocza, po których zejście byłoby nielada
wyzwaniem.




Wracamy do rozwidlenia szlaków. Wędrujemy teraz niebieskim i żółtym szlakiem. N. co chwilę
zatrzymuje się aby pstryknąć kolejne zdjęcie. Widoki są zacne! Dywagujemy jak tu musi być pięknie
wiosną, gdy wszystko zrobi się zielone, a pastwiska pokryte zostaną dywanem kolorowych kwiatów!
Może kiedyś przyjdzie nam to sprawdzić osobiście.



Szlak żółty skręca w prawo na Szlachtową, a my za żółtymi znakami idziemy w, kierunku Łaźnych
Skał (770 m n.p.m.) których potężna południowa ściana prezentuje się nam już z daleka. W między
czasie wkraczamy do lasu, co sprawia, że możemy chociaż przez chwilę odpocząć od silnego wiatru,
który cały czas nam towarzyszy. Dzięki takim silnym powiewom mamy jednak co raz to lepsza
widoczność. W najbliższej okolicy towarzyszy nam Jarmuta, a dalej pięknie prezentują się Gorce z
Lubaniem w roli głównej.


Wejście na Łaźną Skalę okazało się prosty, przedsięwzieciem. Schodzimy z niej w pobliże stoku
narciarskiego. Liczne grono fanów dwóch desek dojeżdża tutaj z centrum Szczawnicy. Po zboczach
Palenicy, Łaźnej Skały i kolejnego naszego szczytu- Szafranówki, szusują narciarze i snowboardziści.
Przed nami strome podejście na Szafranówkę (742 m n.p.m.). Szczyt można obejść, ale my twardo
trzymamy się niebieskich szlakowskazów. Strome podejście, a na szczycie za dużo atrakcji nie ma…
Emocji dostarcza nam za to zejście. Jest stromo, jest ślisko, ale niestety pokrywa lodu jest na tyle
niewielka, że raczki bardziej obijałyby się o wystające kamienie, dlatego nadal pozostają w naszym
plecaku, a my powolutku schodzimy w dół. Gdybyśmy wiedzieli to pewnie obeszlibyśmy owy szczyt
bokiem, a tak dopisujemy go swoim górskim CV!




Spod Szafranówki mamy dwie opcje trasy do wyboru. W lewo żółtym szlakiem można dojść do
słowackiej Leśnicy, a na wprost do Schroniska PTTK Orlica. Wybieramy opcję numer dwa. Zejście
wiedzie po stromych schodach wzdłuż granicy Pienińskiego Parku Narodowego. Tym razem raczki
okazuje się niezbędne. 20 minut i meldujemy się pod schroniskiem. Dwa razy czytamy tabliczkę nad
drzwiami wejściowymi, bo bardziej przypomina ono hotel niż noclegownię dla turystów…
Wchodzimy do środka. Rzeczywiście czujemy się jak w restauracji, górskiego klimatu po prostu
brakuje temu miejscu. Nie zabawiały tutaj długo, tylko schodzimy do Drogi Pienińskiej i wzdłuż
Dunajca podążamy do centrum Szczawnicy. Zwiedzamy jej część zdrojową, a na obiad po raz kolejny
wybieramy restaurację „pod Siekierami”. Tym razem „na patelni”, a raczej w wazie zupa grochowa,
pycha!

Copyright © 2014 Maciek i Natalia w podróży , Blogger